Miralin

Kto tak krzyczy, zastanawiała się Miralin przez sen. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła ciemną otchłań nieba i delikatnie bijący blask rozety. Wspomnienia wróciły do niej szybko. Nim straciła przytomność, naprawiała rozetę, magiczny napęd statku handlowego o ambitnej nazwie Miruna. Przypomniała sobie coś jeszcze: ktoś ich zaatakował. 

Znajdowała się w Gnieździe, na szczycie masztu umiejscowionego po środku głównego pokładu, który z dwóch stron zamykały mniejsze, wyżej położone pokłady. Wstała i podeszła do zamkniętego włazu. Miała dalej ze sobą swoją torbę magmechanika.

Gdy otworzyła właz, zobaczyła kto krzyczy. Kilku członków załogi z miotaczami ognia w rękach, było właśnie duszonych i łamanych przez długie porośla ostrokrzewu. Zasłoniła usta, by nie krzyknąć. Siłą woli zdławiła łzy i panikę. Potrafiła to doskonale. Kłącza spowijające statek zamarły chwilę później. Musiała naprawić statek, który awaryjnie lądował tuż przy granicy z Puszczą, i wynosić się stąd jak najszybciej. Może ktoś jeszcze przeżył.

Dotknęła rozetę, lecz tylko poczuła mrowienie w palcach. Wyciągnęła, więc kryształ Mechanizmów— drogi jak jasna cholera —  wcisnęła go w pasek na nadgarstku i dotknęła rozetę ponownie. W jej umyśle pojawił się obraz napędu. Szybko rozpoznała, że w głównym rdzeniu rozety brakuje kryształów. Dotknęła zatem głównej części masztu i rozkazała, by statek pokazał jej gdzie są kryształy. Dolny pokład. Nie miała, jednak ochoty na śledztwo. Szalupa ratunkowa i do domu.

 Gdy miała pewność, że rośliny są spokojne, spojrzała na naszyjnik z wizerunkiem córki, znów siłą woli zapanowała nad nerwami, i weszła na drabinę. Zamarła natychmiast. Jej głośne stąpnięcia na wibrujący metal rozbudziły pędy na moment. Na szczęście była drobnej postury blondynką. Uspokoiła oddech i cicho zeszła w dół, zdobywając przy tym kilka ran na ramionach i policzkach. Pędy wiły się wszędzie. Następnie zrobiła długi krok, by ich nie zahaczyć, lecz wtedy zawyła syrena i zamigotały żółte światła bezpieczeństwa. 

— Miralin, Miralin! Pomóż nam! — zawyło z głośników. 

Pędy drgnęły i zaatakowały lampy i głośniki. Miralin ruszyła biegiem w kierunku żółtych stalowych drzwi. Kilka pędów rozorało jej twarz. Mimo piekącej rany skoczyła nad agresywnym pędem i dopadła drzwi. Zatrzasnęła je mocno za sobą.

— Co jest na wszystkie kryształy!? — zaklęła pod nosem i dopadła terminalu głosowego, stojącego obok.  Syrena wciąż wyła, niemalże wypalając jej mózg. Dotknęła maszyny i magicznie połączyła się z nią;  ktoś nadawał z ładowni. Wyłączyła cholerstwo.

— „Czy to był Biom?” — spytała się w myślach. 

Nie myliła się. Spotkała go w holu ładowni, gdzie stały wagony oraz wisiały łańcuchy i haki transportowe. Biom stał przy drzwiach ładowni. Był wysokim, przystojnym mężczyzną, który bardzo dbał o swoją urodę. Próbował otworzyć drzwi dopasowując kryształy do magicznego zamka, co skutkowało czarnym poparzeniem palców. 

— Biom, spalisz sobie palce! — zareagowała natychmiast. 

Biom odwrócił się agresywnie.

— Już bałem się, że nie przyjdziesz. 

 Nim zdołała pojąć, co się dzieje, jego cios pozbawił ją na chwilę przytomności. Gdy otworzyła oczy, Biom kończył obwiązywać jej ręce łańcuchem transportowym. 

— Cześć, Mir. Otworzysz drzwi? — spytał jakby nic się nie stało. 

— Nie…o tym.. kapitan…. Biom uspokój się. Puść mnie. Po co ci to? 

— Kapitan, krótszy o obie dłonie, rozmyśla nad swoim losem w szalupie ratunkowej, jeśli potrzebujesz wiedzieć. A chce ładunek, by mieć wieczne życie w zdrowiu i urodzie.

Miralin nic nie rozumiała. 

— Biom jesteś w szoku.  Rośliny mordują załogę, musimy się stąd wydostać.

— Myślałem, że dawka szczerości skłoni cię do współpracy — westchnął Biom, po czym silnym szarpnięciem rzucił ją o drzwi. Uniósł w ręce jej naszyjnik.  — Otwieraj, bo inaczej stracisz u bukmachera zastaw numer dwadzieścia pięć. 

Miralin rzuciła się na niego, lecz z łatwością ją odepchnął. 

— No tak, zapomniałem. — Biom udał zmartwienie. — To twoja córka, którą sprzedałaś, by ćpać. I jak ją teraz odbierzesz bez biletu? 

Miralin gotowała się z wściekłości. Mimo to nie zapomniała co potrafi. 

— Zabiję cię Biom — wycedziła przez zęby  i skupiła się na łańcuchu na rękach. Był częścią maszyny transportowej, której właśnie wydała rozkaz.

— Córka i owoce Idunn, owoce nieśmiertelności, które dadzą nam Rośliny. Przyznaj, że to dobra oferta. Będziesz razem z córką żyć wiecznie, nadrobisz matczyne zaległości. Wystarczy, że.. 

Hak przebił jego pierś, po czym jego ciało zawisło na łańcuchu i uderzyło o stalowe drzwi. Miralin nie czuła wyrzutów sumienia. Gdy wciąż jeszcze charczał, uwolniła się i wyszarpała naszyjnik z jego ręki, lecz w tej drobnej sekundzie wyczuła coś jeszcze. W jego bocznej kieszeni znalazła kamienie z rozety napędu. 

Biom walczył o oddech. Zza jego ucha wyrosła drobna roślinka, która wypuściła korzeń i wbiła go w jego oko, po czym wypuściła w jego nos drobny pył. Biom zyskał na sile i odepchnął się od drzwi. 

Miralin wydała kolejny rozkaz i rozpędzony transportowy wagon, dobił Bioma. Hak przebił go na wylot. 

Nie myśląc już o tym, chwilę później pędziła do szalupy ratunkowej. Otworzyła ją przy pomocy magii, lecz znalazła w niej całą resztę załogi.

— Miralin! — przywitał ją niski Tiuk, lecz szybko zreflektował się i przyjrzał jej dokładnie. 

— Nie mam roślinki w głowie — zapewniła szybko. — Dajcie mi dojść do rozety. Biom uszkodził wszystkie. 

Rozstąpili się.  Chwilę później Rozeta uderzyła w nich mocnym światłem magicznej energii. 

— Zapiąć pasy, lecimy — rzuciła pozostałym. — Wszyscy żywi na pokładzie? 

— Tak. 

Gdy już miała nacisnąć przycisk odrzutu, zawahała się. O czymś zapomniała.

— Kapitan — szepnęła do siebie. Chwilę później zamknęła drzwi szalupy za sobą i ruszyła biegiem do drugiej części okrętu. Odrzut odlatującej szalupy zagłuszył jej myśli. 

Zdyszana dotarła do drzwi w momencie, gdy pod nimi wiła się przerażająca postać. Biom czołgał się poruszany pędami roślin, niczym kukła. 

— Miralin. — Uśmiechnął się. 

Przeskoczyła obok, dotknięciem otworzyła drzwi i zamknęła je mocno za sobą. Biom uderzył w nie pięścią. 

— Nieśmiertelność! — charczał. 

Miralin odwróciła się. Martwy kapitan leżał na podłodze. Mimo, że pozbawiony dłoni, ślady wskazywały, że próbował zatamować krwotok. 

— Żegnaj przyjacielu. — Położyła mu rękę na ramieniu. Jako jedyny wiedział o jej chorobie — mdlała co jakiś czas, ale zawsze mówiła, że tylko śpi — i pozwolił jej pracować, by mogła zarobić na odkupienie córki. 

Huk obijanych drzwi wybudził ją z zamyślenia. Dorzuciła brakujące kamienie do rozety, zajęła miejsce i uruchomiła sekwencję startu. Rozeta zaszumiała i tuż po chwili Miralin poczuła silne wciskanie w fotel. Z pod trupa kapitana coś wypadło. Pudełko pełne złotych monet. 

— Wiedziałam, że zapłacisz mi za rok z góry. — Uśmiechnęła się Miralin, jednocześnie czując, że znów traci przytomność. Teraz, to na szczęście nie miało znaczenia. 

Powoli zamykała oczy, lecz gdy dzielił ją krok od utraty świadomości zobaczyła, że z ciała kapitana wyrósł pęd, który skierował się w jej stronę.  Ogarnęła ją ciemność. 

Zostaw swoją opinię

Dla autora bardzo ważne jest otrzymywanie precyzyjnej oceny swoich treści. Jeśli chciałbyś pomóc mi w rozwoju tekstów, odpowiedz na trzy pytania w Formularzu Google lub dodaj komentarze do konkretnych elementów tekstu w Dokumentach Google.