GIF

— Który to już raz, wychodzę z psychiatryka? — spytałam, stając przed wyjściem.

— Dopiero siódmy, Gif — odpowiedziała Harmonia za moimi plecami. Jak zawsze dodawała mi nadziei. — Tylko uważaj na czerwone róże. 

Przede mną, delikatna, przezroczysta osłona wibrowała, oddzielając mnie i moje skołatane serce od świata, w którym kryła się moja miłość. Bransoleta na mojej ręce zapikała cicho. Odliczanie zakończy się za trzy dni. 

— Muszę iść — rzekłam, czując, że jeszcze chwila i się wycofam. Zrobiłam krok do przodu, poprawiłam plecak i wyszłam na żwirowy podjazd otoczony ogrodem. Chrzęst kamieni pod moimi stopami, uaktywnił wspomnienia o moim pierwszym wyjściu. Pokonałam wtedy piętnaście metrów. 

— Obudź, Kles — szepnęłam do bransoletki, jakby próbując nie powodować wydarzeń. 

Obok mnie pojawił się hologram czarnego kruka.

— Wreszcie wyszliśmy! Znów próbujemy? — zagwizdał Kles.

— Nie próbujemy. Idziemy prosto do celu.

Przyspieszyłam, opuszczając Ogrody Spokoju. W czarnej kurtce i białych spodniach wyglądałam głupio, lecz to były moje szczęśliwe ciuchy. 

Gdy minęłam bramę, przyspieszyłam jeszcze bardziej. Drony osobowe szumiały nade mną, więc unikałam spojrzeń. 

— Gif, spokojnie — zaskrzeczał Kles. — Za chwilę dostaniesz zawału. 

To była prawda. Drżałam jak w febrze. 

— Trzymamy się planu — warknęłam. Spuściłam wzrok. Moje spodnie zlewały się z wybielonym chodnikiem. 

— Uważaj! — ostrzegł mnie Kles. — Ludzie. 

Wbrew sobie uniosłam wzrok. Dworzec kolei próżniowej był blisko. Tłum właśnie zalewał przestrzeń przede mną. 

Twarze zniekształcały się. Teraz nie miało być pociągu!

— Biegnij! — zaskrzeczał Kles. 

Wbiegłam w tłum. Trącając i uderzając o ludzi, biegłam patrząc, tylko w swoje nogi. Fragmenty ciał widziane kątem oka przybierały metaliczny kolor. Wreszcie, gdy miałam wskoczyć do przedziału, uderzyłam w szeroki tors.

— Przepraszam! Przepraszam! — krzyczałam. Ktoś nie chciał ustąpić. Ktoś mnie odepchnął. Wtedy zrobiłam błąd i podniosłam głowę.

To był wysoki mężczyzna w garniturze. Jego głowa przybierała metaliczny kolor, a oczy zamieniały się w czerwone diody skanera. Ludzie to roboty. Ludzie to roboty, coraz bardziej krzyczało w mojej głowie. 

Minęłam gbura i wpakowałam się do przedziału. Skuliłam się w kłębek. Tak było ostatnio: atak paniki i powrót do psychiatryka. 

Nie tym razem!

Wyświetliłam na bransolecie zdjęcie Roberta i powoli wypuszczałam powietrze nosem. Odkryłam, że jego łobuzerski uśmiech mnie uspokaja. Mój kochany Robi!

— Znajdę cię. Wildwind. Dom z tańczącą małpą. 

Przez następne sześć godzin, siedziałam skulona, starając się nie patrzeć na ludzi, aż okazało się, że wsiadłam w zły pociąg. 

— Kles, jesteś beznadziejny! 

— Tak samo, jak ty! — skrzeczał AI. — Nie patrzysz przed siebie!

Wyłączyłam hologram.

— Tak, muszę widzieć gdzie idę — przyznałam po chwili.

Siedziałam w parku przy dworcu nad brzegiem morza. Nie miałam pieniędzy na powrót koleją próżniową. Mój cel znajdował się kilka tysięcy kilometrów nad brzegiem innego oceanu. Bransoletka wskazywała, że pozostało mi dwa i pół dnia. Musiałam być skuteczna. 

Starałam się nie zwymiotować, gdy okradłam niewidomą z jej czarnych okularów. Czułam, że się czerwienię, a nogi się pode mną załamują, gdy pospiesznie odchodziłam. 

To było to. Ludzkie twarze zmieniały się w roboty dużo wolniej i nie miałam ochoty na nich krzyczeć. Było południe. Wróciłam na dworzec. 

— Nie mamy żadnych zniżek, dla osób chorych psychicznie — oznajmił kasjer, z którego głowy w moich oczach wyrastała mechaniczna czujka.

— Mam tylko dwa dni, żeby dostać się na zachodni brzeg! — Odeszłam gwałtownie. 

Kilka chwil później przyłączył się do mnie Leguano. Podróżnik z wielkim plecakiem i śmiesznie małymi ustami. Usiedliśmy w uliczce za dworcem. Był bardzo miły i podzielił się ze mną kanapką.

— Jedz, dziewczyno. Lepszej kanapki w życiu nie dostaniesz! — Leguano reklamował kanapkę ze swoim wschodnim akcentem. 

Chwilę potem mnie obrabował, gdy padłam sparaliżowana. 

— Darmo podróżuje się z maszynistami. Są w tym żółtym budynku — rzucił na odchodne, całkowicie spokojnym głosem. 

Musiałam przyznać, że nawet nie zdążyłam się zdenerwować. W przeciwieństwie do mnie, Leguano był profesjonalistą. Zostawił mi moją bransoletkę, bo nie mógł jej zdjąć. 

Paraliż puścił dopiero wieczorem. Przez kolejne godziny leżałam na chodniku w samej koszulce z napisem, zdążył na mnie narobić ptak, polizał mnie bezdomny i jego pies, a szczur chciał wić gniazdo w mojej kieszeni. Nienawidziłam, jednak Leguano!

Mdliło mnie, gdy podchodziłam do maszynistów. Patrzyli na mnie jak na pijaną albo naćpaną. Trochę się tak czułam. W końcu Genek, maszynista składu uranu, zgodził się mnie zabrać. Mogłam leżeć za jego fotelem i udawać kłodę. 

— Chodzi o kwiatki, czy o zespół? — zagadnął po pierwszej godzinie. 

Spojrzałam na niego tylko.

— Róże. Masz napis na koszulce: I hate red roses.

— „Jak mu delikatnie wyjaśnić, że czerwone róże, to mój trigger, wywoływacz i przez nie, natychmiast widzę ludzi jako roboty, przez co trafiłam do psychiatryka?” — pomyślałam natychmiast. Odpowiedziałam, jednak zgodnie z lekcją Harmonii: — Czerwone róże sprawiają, że jestem smutna. 

— Rozumiem. Złe wspomnienia — odpowiedział Genek, cały czas wpatrując się w smugi rozmytych świateł przed sobą wypełniające tunel.

— „To już nieprawda”— pomyśłałam. — „Teraz wystarczy, że widzę ludzi”. 

Z tyłu głowy Genka widziałam, jak pojawia się panel sterowania. Ten widok mnie uśpił.

Zimny deszcz rozbudził mnie, gdy wyszłam przez wyjście służbowe maszynistów na ulicę. Byłam w Wildwind i garbiłam się, by wiatr nie smagał mojej odsłoniętej szyi. Mocne paski ledów, wklejone wzdłuż ulicy, rozświetlały noc. Bransoletka wskazywała, że pozostało mi mniej niż czterdzieści osiem godzin. 

Gdzie jest dom z tańczącą małpą? Szłam przed siebie niewiele myśląc. Roberta poznałam niedawno na koncercie. Było cudownie. Tańczyliśmy i rozmawialiśmy o muzyce. Opowiedział mi o Wildwind oraz o swoim domu z tańczącą małpą. Tyle pamiętam z tego dnia. Chciałam się z nim spotkać ponownie, ale bransoletka nie miała do niego kontaktu. Zawsze wszystkich wrzucam do znajomych. Choroba, jednak nas rozdzieliła. 

Huk muzyki i głośny warkot wybudziły mnie z zamyślenia. Osobowe drony poszybowały obok mnie z wielką prędkością i zatrzymały się w wyznaczonej strefie. Byłam na obrzeżach miasta. 

Wiedziałam już, że nie chcę mieć do czynienia z prawnikami, podróżnikami i bezdomnymi. Pijana, ścigająca się zgraja mogłaby przejść. 

— A, co to za miss mokrego podkoszulka? — przywitał mnie chłopak w czerwonej skórze, siedzący na największym błyszczącym dronie. Zgarbiłam się jeszcze bardziej i poczułam jak się rumienię na twarzy. Mokra koszulka pokazywała wiele. — Wybacz maleńka, ale jestem zajęty — dodał, wskazując na lalunie stojące obok, które posłały mi wrogie spojrzenie. 

— Ja jestem zainteresowany — rzekł drugi, chudy, ubrany na czarno. 

— Wiesz, gdzie jest dom z tańczącą małpą? — spytałam, próbując brzmieć nie tak żałośnie, jak się czułam. 

— Jestem Trion, ja wiem wszystko. — Chłopak uśmiechnął się.

Po chwili gnaliśmy dronem nad piaszczystą plażą w świetle pierwszych promieni słońca. Deszcz minął. Ściskałam mocno Triona, który dał mi swoją zapasową kurtkę. Za nami pędził drugi dron z piszczącymi pijanymi dziewczynami. Dlaczego brakowało mi takich chwil?

— To tu! —  Trion wskazał na dom widoczny na horyzoncie. Tańcząca makieta małpy, rzucana wiatrem w różnych kierunkach rzucała się w oczy. To musiało być to miejsce!

Spojrzałam na bransoletkę. Pozostało czterdzieści cztery godziny. 

Triion odleciał wraz z piskiem dziewczyn. Zostawił mi kurtkę. Byłam tylko ja, wiatr i dom Roberta otoczony białym płotem. Małpa tańczyła szaleńczo. 

Po cichu weszłam przez furtkę. Dom zbudowano w starym stylu. Dwupiętrowy, szeroki ganek po lewej, z szybą zamiast ścian i duże okno po prawej. Płaski dach. Dokładnie tak opisywał go Robert. 

Szczekanie psów przerwało ciszę. Dwa kreciki wypadły przez dziurę w drzwiach i zawarczały głośnie. Poraziło mnie mocne światło. 

— Kto tam? — odezwał się poważny głos. Odsłoniłam oczy. Odgłos kroków zbliżał się do mnie, lecz nawet nie drgnęłam.

— Gif? — Światło zelżało. Odsłoniłam dłoń. W słabym świetle świtu zobaczyłam tą ukochaną twarz. Czarne oczy, odważne rysy i długie kręcone włosy powoli zamieniające się w diody.

— Musiałam cię odnaleźć. — Czułam jak uśmiech sam pcha mi się na usta, mimo że Robert coraz bardziej przypominał robota. — Udało się! — Chciałam go objąć, ale odsunął się. 

Spojrzał na mnie z konsternacją. 

— Robert? — spytałam nic nie rozumiejąc. 

— Gif, minęło siedem lat. 

Zamarłam. Robert uniósł dłoń z obrączką na palcu.

— Mam dwójkę urwisów, które zaraz obudzimy. Jeden ma na imię…

Moja percepcja zamarła. Co dopiero przecież była siódma próba, piątą i czwartą pamiętam, bo były po moich urodzinach. Których? Trzecia była w zimie. Teraz jest lato.

— Gif?

Poczułam dłoń na ramieniu. Robert trzymał mnie delikatnie.

— Wyglądasz jakbyś miała zemdleć. Dobrze się czujesz? 

— Świetnie — skłamałam. Miałam ochotę zwymiotować. 

— Chodź. Prześpisz się, zjemy śniadanie i pogadamy — rzekł Robert i wprowadził mnie do domu. Padłam na kanapę.

Mrugnęłam, po czym wielkie czarne oczy wpatrywaly się we mnie z bliska. Był dzień. 

— Lolek, nie przeszkadzaj pani — usłyszałam kobiecy głos. 

— Nic, nie szkodzi — odparałam, wstając. Czterolatek przestraszył się i podbiegł do matki. Niska, szczupła z czarnymi włosami. Jakbym widziała samą siebie. 

—  Herbaty? — spytał Robert, podchodząc z kubkiem w dłoni. W świetle dnia jego twarz faktycznie była starsza. Spoważniał, nabrał zarostu i przytył. 

— Dziękuję. — Przyjęłam przyjemnie ciepły kubek.

Dwójka chłopców w kurtkach rozpoczęła bitwę na płatki wokół kuchennego stołu. Byłam w dużym salonie z aneksem kuchennym w rogu. Szklana szyba oddzielała nas od ogrodu.

— Spokój, do samochodu już! — rozkazała kobieta, posłała całusa Robertowi i wyszła. 

— Żona pomyślała, że chciałabyś się przebrać. — Robert wskazał na ubrania na krześle. — Po śniadaniu odwiozę cię na pociąg. — Przyłożył swoją bransoletkę do mojej, po czym usłyszałam komunikat o pomyślnym transferze biletów. Odszedł do kuchni.

— Dziękuję. 

Robert uśmiechnął się i odszedł do stołu. 

— Chcesz sadzone?

— Namieszałam Ci. 

— Skąd, mieliśmy akurat pełną lodówkę — odparł Robert, rozbijając jajko do miski.

— Z moim przyjazdem. 

— Hymm…Po tylu latach, może to być zaskakujące. — Robert rozbił kolejne jajko.

— Ja… — Jak mu powiedzieć o robotach? — Byłam chora. Czas jakoś szybko mi zleciał. 

— Poważnie?

Jakoś automatycznie chwyciłam ubrania i zamilkłam. Robert chyba wyczuł, że nie chcę odpowiadać. 

— Możesz przebrać się w łazience na górze. — Wskazał schody ukryte w rogu. Kiwnęłam głową i odwróciłam się, ale coś we mnie za nim tak tęskniło. 

— Mogę być z Tobą, przez jeden dzień?

Robert uniósł brwii. 

— Został mi tylko jeden dzień. — Wskazałam na bransoletkę. — Jutro, sądownie przejmą władzę nade mną rodzice. Nigdy nie wyjdę ze szpitala. 

Robert powoli wycierał ręce o ścierkę. 

— Możesz to dla mnie zrobić? — spytałam, czując jak łzy pchają mi się do oczu. 

— Porozmawiam z żoną, czy możesz z nami zostać — odpowiedział po chwili. — Ale nic nie obiecuję.

— Dziękuję. — Uśmiechnęłam się przez łzy i wyszłam na górę. 

Drzwi do pokojów były otwarte. Chłopcy zostawili w nich bałagan. Już miałam minąć jeden z nich, gdy coś przykuło moją uwagę. Zerknęłam przez drzwi, na ścianę skarbów jednego z chłopców. Wisiało na niej wiele drobiazgów. Jeden szczególnie przykuł moją uwagę. 

Pchana jakąś wewnętrzną siłą weszłam do środka i przyjrzałam się. Moje łzy wyschły natychmiast. To była czerwona zębatka na sznurku. 

Wspomnienia zaktualizowały się w ułamku sekundy. Zachód słońca. Spacer z Robertem, który nosił zębatkę na szyi. Zapach gorącego asfaltu. Ból. Gwałt. Brak tchu przez wciśniętą na siłę maskę na twarzy. Policyjny humanoid pytający, czy wszystko w porządku. Znów poczułam, że zwymiotuję. 

Rzuciłam ubrania i zbiegłam na dół. 

— To ty, sukinsynu! — Chciałam wykrzyczeć, mu cały ból w twarz! Cały strach i całą krzywdę!

 Kuchnia była pusta. Przed domem Robert pakował rzeczy do samochodu. Podbiegłam do drzwi, ale ani drgnęły. Uderzyłam wściekle w szybę. Robert zauważył mnie.

— Otworzą się jutro! Jak będzie po wszystkim.

Biłam w szybę nie patrząc na coraz większe sińce i ból palców i nadgarstków. Biłam mocno i bez efektu, tak jak wtedy. Wspomnienia blokowały mi trzeźwe myślenie. 

—On mnie zgwałcił! On mnie zgwałcił! — krzyczałam jak opętana. — Pomóżcie! Pomóżcie!

Odjechał.

Osunęłam się bezsilna na podłogę i potok łez zalał mi twarz. Rozmazany obraz Kles pojawił się obok mnie. 

— Zgłoszono niebezpieczeństwo! Jestem! Szukam niebezpieczeństwa! — zakomunikował ptak. 

W mojej głowie krzyczał jeden, wielki, czerwony błąd. Zemdlałam.

— Gif…Gif..Gif, obu….gif obudź się! — usłyszałam głos Kles. — Wstawaj, czas się kończy. 

— Nie chcę. 

Leżałam na zimnych czarnych płytkach.

— Musisz wrócić, podnieść różę. Jest południe. 

— Nie mam po co. 

— Wolność. Zamkną cię. 

— On zniknął.

— Znajdziesz go. Znowu. 

Uświadomiłam sobie, że Kles ma rację. 

— Co wtedy? Jak go znajdę?

— Aresztują go i….

— Nie. — Wstałam. — To będzie wyglądać całkiem inaczej. Muszę wyjść.

Ptak zwariował przede mną. 

— Tu jest problem. Nie mogę wezwać pomocy. Wszystko zamknięte. Szkło jest wzmocnione. Nie rozwalisz go krzesłem. 

— Robert zostawił mi inny klucz. 

Przyniosłam z góry czerwoną zębatkę. Na jednej z jej zębów znajdował się czerwony diament. 

— Wspomnienia są pomocne — pomyślałam i założyłam zębatkę na palec. Silnym ciosem wbiłam zębatkę w szybę tworząc zagłębienie. Po kilku kolejnych ciosach szyba pękła. Z mojej dłoni spływała krew. Nie przejmowałam się już bólem pękniętego palca.

— Dorwę cię, Robi — rzekłam głośno i przekroczyłam próg. 

Do Ogrodu Spokoju wróciłam tuż przed północą. Przywitała mnie rozespana Harmonia. 

— Jak ty wyglądasz dziecko!

— Chodź do pokoju szans. Musisz wydać diagnozę. 

— Teraz?

Nie zatrzymywałam się ani na chwilę. Mocno pchnęłam, dobrze znane mi żółte drzwi. W środku był pokój wyłożony bezpiecznymi miękkimi materiałami. Na środku na podwyższeniu była czerwona róża. Spędziłam tu setki godzin, by najpierw do niej podejść, a potem nawet próbować sięgnąć, nim obezwładnie mną panika. 

Po prostu podeszłam i ją wzięłam.

— Brawo, Gif! — Harmonia uśmiechnęła się stając w drzwiach. — Jesteś zdrowa! — sięgnęła do swojej bransoletki.

Spojrzałam na swoją rękę. Odliczanie zamarło sekundę przed końcem. 

— Jestem wolna!

Następnego dnia, o zachodzie słońca, szłam ulicą rozkoszując się zapachem gorącego asfaltu. Na mojej szyi wisiała czerwona zębatka.

Zostaw swoją opinię

Dla autora bardzo ważne jest otrzymywanie precyzyjnej oceny swoich treści. Jeśli chciałbyś pomóc mi w rozwoju tekstów, odpowiedz na trzy pytania w Formularzu Google lub dodaj komentarze do konkretnych elementów tekstu w Dokumentach Google.