Liszaszil

Trzeci raz w tym miesiącu Liszaszil próbowała wyjść z domu na bal. To była sytuacja wyjątkowa, powtórzyła w myślach chyba już tysięczny raz, gdy wracały wspomnienia i wreszcie nacisnęła klamkę.  

Gdy wyszła przed drzwi tymczasowej rezydencji, przywitał ją uśmiech Fill. Wszędzie leżał śnieg, a mróz przyjemnie szczypał Lis w nos. 

— Lis, wyszłaś! Wyglądasz cudownie! — rzekła Fill, jej młodsza siostra. 

Lis odwzajemniła uśmiech. Fill zawsze dodawała jej otuchy.  

Czekała na nich karoca. Gdy Lis podeszła bliżej, stojący stangret zawahał się przez chwilę zanim otworzył jej drzwiczki.  

Lis uśmiechnęła się również do niego i wraz z siostrą weszła do środka.  

— Widziałaś jego minę? — zapytała siostra. 

— Chyba dalej mam to coś — odparła Lis starając się rozluźnić. Nie rozumiała czemu się denerwuje.  

— Dalej jesteś nieziemsko piękna i dobra. 

Lis kiwnęła głową w podziękowaniu. Założyła prostą żółtą sukienkę sięgającą jej do kostek i zdobioną delikatnie błyszczącymi cekinami oraz niebieski płaszcz. Twarz zasłoniła szalem w kolorze zieleni, zostawiając miejsce tylko na oczy. Długie, złote włosy, upięte w warkocz zgodnie z obyczajem, udekorowała kolorową chustką radości, pozostawiając odsłonięte tylko końcówki włosów.  Na rękach miała rękawiczki. Karoca ruszyła.  

— Proszę. — Fil wyciągnęła przed siebie różową stokrotkę. — Na nowy początek! Książę Degusto jak tylko spojrzy na Ciebie, to się oświadczy! 

— Właśnie w tym problem, że jakoś od dwóch lat nie może mnie zobaczyć ani on, ani żaden z jego praworękich, by zaprosić do Płonącego Pałacu — odpowiedziała Lis.  

Fill dotknęła ramienia Lis.  

— Weź ten kwiatek i się nie zadręczaj tym ciągle. — Fill uśmiechnęła się tak radośnie, że Lis nie mogła się dalej dąsać. Wzięła kwiatek i powąchała go. 

— Dalej wyglądasz cudownie — powtórzyła Fill. 

Tak, Lis była piękna, często słyszała, że wręcz nienaturalnie piękna. Lubiła ten nikły moment, gdy mężczyźni na jej widok zamierali na mrugnięcie okiem, nie wiedząc co zrobić, jakby nie mogli się zdecydować, czy wobec niej należy zachowywać się jakoś bardziej wyjątkowo.  

Fil, mimo wielkiego podobieństwa nie miała takiej aury. Może przez swoje upodobanie do eksperymentowania ubiorem na krawędzi złych obyczajów? Tak jak teraz, miała ubiór niby obyczajny, ale nie do końca.  

— Co znowu? — Fil wyrwała Lis z zamyślenia. Siostra patrzyła na nią nieco obrażona. 

— Przecież nic nie powiedziałam. 

— Masz to spojrzenie. Co znowu mam nieobyczajne? 

Lis zagryzła wargi.  

— Na Wszechmocnego, to taka drobnostka? Nitkę mam źle ustawioną? — Fill nie lubiła tej cechy Lis.  

— Kropki. 

— Są w odpowiednim odcieniu i wielkości. Trzy razy sprawdzałam! 

— Ale są nierównomiernie rozsypane. Powinny tworzyć kwiaty — odparła Lis, próbując, by jej głos miał przyjemny ton. Czuła, że powoli wraca do siebie. 

— Bo to jest nocne niebo! — odparła obrażona Fil i odwróciła głowę mocno wpatrując się w mijane domostwa.  

Przez chwilę jechały w milczeniu.  

— Wystarczająco długo udawałaś obrażoną, czy jeszcze poczekać? — spytała Lis.  

Fill odwróciła się  z uśmiechem.  

— Wystarczająco. 

Zamek Tabilius-Higerius przywitał je kolorową iluminacją świateł, balonów i płomieni. Idealne miejsce, by przywitać Rok Zmienności. Fill i Lis z łatwością odnalazły swoją sferę, okrągłe pomieszczenie umieszczone nad salą balową, zbudowane ze szkła i posrebrzanej stali. Gdy winda wznosiła się z lekkim szumem, Fil szepnęła: Ten rok faktycznie nas nie rozpieszcza, w naszej sferze siedzą Gilia i Godi. 

— Do trzech razy sztuka, droga Lis? — zagadnęła Gilla. Była grubszą z sióstr.  

— Cóż, za przemiłe powitanie — odparła Lis powstrzymując siłą woli kąśliwe uwagi i usiadła naprzeciwko. — Myślę, że tak. W tym roku na pewno dostanę zaproszenie, na Bal Narzeczonych w Płomiennym Pałacu.  

Młodsza siostra spojrzała na nią z pochwałą, niczym rodzic. Mimo, gorącego powitania, współtowarzyszki okazały się nudne jak nigdy, rozprawiając o wszelkich nowych znanych im chorobach miejscowej elity oraz podejrzeniach o nieobyczajność. Gdy Gillia nawiązała ponownie do swojej choroby żołądka, Lis miała ochotę wyskoczyć ze sfery.  

— Lis na pewno nam podpowie, ma już w tym pewne doświadczenie. Lis, dasz nam jakąś radę? — wybudził ją z zamyślenia głos Godi.  

Lis spojrzała na towarzyszki, po czym rzuciła spojrzenie Fill.  

— Godi zastanawia się, jakby wyglądał świat, gdyby kobiety zabiegały o mężczyzn i pyta cię o radę — wyjaśniła Fil.  

— Dlaczego mnie?  

Gilla i Godi spojrzały po sobie zwycięsko.  

— To nieobyczajne wypytywać o takie sprawy, lecz nic nie powiedziałaś z własnej woli, więc chciałyśmy ci udzielić obyczajowej rady pierwszego stopnia. 

Lis rozchyliła usta i mocno ścisnęła rękę na widelcu, którym jadła pieczoną gruszkę. Te babsztyle, chcą jej dawać obyczajową radę?! 

— Oj, nie chciałyśmy cię kłopotać — Na twarzy Godi i Gill rysowała się rozkosz. — Wielu z elity, jest nieco oburzona twoimi zalotami do strażaka — Godi zatrzepotała niewinnie zbyt długimi rzęsami.  

— Lis oddaj mi widelec — poprosiła Fil, chwytając siostrę za rękę. Lis czuła, że traci powoli nad sobą panowanie i z wdzięcznością oddała widelec, lecz teraz nie miała co zrobić z rękami, więc mocno oparła je na stole.  

— To pierwszy punkt Księgi Obyczaju, okazać wdzięczność za okazaną pomoc. Dobrze o tym wiecie.  

— Stosują się do tego tylko mężczyźni podczas zalotów — rzekła Godi. 

— Lecz Księga nie wskazuje, na tylko takie zastosowanie! 

— I tylko wobec szlachty — dodała Gill. — Nie jakiegoś tam chłopa.  

— Nie ma nic o szlachcie. On mnie uratował! — Liszaszil wstała od stołu.  

— Tak, wiemy, że miał cię w ramionach — Godi nawet się nie zająknęła.  

Lis odeszła od stołu i prawie biegiem pokonała drogę do windy. Jak można było czynić takie sugestie, z najbardziej obyczajnej postawy wdzięczności z Księgi Obyczajów? Gdy miesiąc wcześniej, Lis stanęła w obecności dwudziestu przyzwoitek pod domem strażaka, by wręczyć mu kosz wdzięczności, nawet nie pomyślała, że ktoś to może wykorzystać.  

Uderzył ją zimny wiatr. Nawet nie zauważyła jak stanęła na środku placu zamkowego. Ktoś zaprowadził ją do karocy.  

— Gdzie jedziemy? — zapytał stangret.  

— Do domu — odpowiedziała automatycznie.  

Gdy karoca ruszyła, Lis uderzyła myśl. Musiał chwalić się, że widział ją w bieliźnie i złapał za tyłek, gdy wynosił ją z pożaru! Jak to chłop, popija i wieczorami chwali się na lewo i prawo, z tego co zobaczył.  

Nie, on taki nie jest. Gdy stanął w drzwiach swego domku o umówionej porze, w nieco za małym na siebie garniturze, wydawał się zakłopotany. Wielki chłop garbił się na widok, kobiet i całej skupionej na nim uwagi. W tym momencie, czuła, że był dobrym człowiekiem. Dała mu też, liścik z sentencją: nie wracajmy, do przeszłości. 

Może nie zrozumiał, zastanawiała się Lis. Jak do niego dotrzeć, skoro nie rozumie pisma? 

Karoca właśnie mijała główną świątynię Wszechmocnego w mieście.  

— Zatrzymaj się! — wyrzuciła Lis, zanim zdążyła pomyśleć co robi.  

Wyskoczyła na zewnątrz, otulając się szalem.  

— Idę złożyć modły dziękczynne za ten wspaniały rok. Odbierz mnie za godzinę.  

Woźnica i stangred skinęli na znak zgody. Karoca odjechała, gdy Lis zniknęła w cieniu grubych kolumn świątyni. Wychyliła się zza nich po dłuższej chwili i ruszyła w kierunku osiedla robotników.  

Uliczkę, na której znajdował się dom strażaka, odnalazła po kilku minutach marszu po śliskim bruku. Po obu stronach wyrastały tu wysokie kamienice, rzucające ciepłe światło z wąskich robotniczych okien.  

Szła szybko, by nikt jej nie zauważył, czując jak przemarzają jej palce. To był nieobyczajny spacer. Dom strażaka — nie pamiętała dokładnie jak ma na imię — pojawił się po chwili.  Mały z pochyłym dachem, stał na końcu ulicy, nad samym urwiskiem zamarzniętego strumyka.  

Przeszył ją lodowaty cios. Pisnęła z bólu. Zimna woda błyskawicznie przemoczyła ją całkowicie. Gdzieś nad nią trzasnęło szybko zamykane okno.  

— Boże! — sapnęła Lis i podbiegła do domu strażaka, niemalże łamiąc szpilki. Zapukała mocniej niż wypadało. W okienku było ciemno. Zapukała drugi raz. Musiała wyjaśnić sprawę i natychmiast wracać na dwór.  

— Co się pali? — dobiegł spokojny głos ze środka domu.  

— Liszaszil Hiacyntwill — odparła Lis, nie panując nad sobą. Miała wrażenie, że mróz wyjada jej mózg. — Pomóż.  

W drzwiach pojawił się strażak. Miał na sobie, krótkie spodnie i coś w rodzaju chusty, która nie do końca okrywała jego tors.  

Lis, jęknęła. Półnagi mężczyzna, tego jeszcze brakowało! 

— Znów pożar? — zapytał strażak 

— Ni… 

— Wejdź, bo za chwilę złapiesz zimnówkę i przez miesiąc nie wyjdziesz z łóżka — rzekł strażak. — Dam ci coś na przebranie, zanim ciuchy wyschną.  

Strażak wskazał gestem środek swojej izby rozświetlonej lampą konopną, która wydawała specyficzny zapach, wydostający się na zewnątrz.  

Nie mam mózgu, pomyślała Lis, dygnęła i szybko weszła do środka.  

— Zdejmij to, bo będzie coraz gorzej. — Strażak zamknął drzwi i wręczył jej gruby, czerwony koc.  

Spojrzała na niego wymownie.  

— Odwrócę się — zapewnił Strażak.  

Lis podeszła do piecyka, który przyjemnie łaskotał ciepłem. Strażak odwrócił się do niej plecami i stanął z drugiej strony pomieszczenia. 

Pomieszczenie było proste. Po prawej przy drzwiach stał stół z rozrzuconymi ampułkami odurzającej czarnej brzozy, po lewej łóżko, a w rogu było coś przypominające kuchnię.  

Lis odwinęła szal i powoli zsunęła z siebie płaszcz. Poczuła dreszcz. Ciepło piecyka uderzyło mocniej.  

— Nie mogę tego zrobić — pomyślała, zatrzymując rękę. — Bal piękności za tydzień?  

Drżącymi rękami odpięła pierwszy guzik sukni, po czym walcząc ze sobą odpięła szybko kolejne i mokra suknia uderzyła o podłogę. Lis stała w samej bieliźnie. Otuliła się dokładnie ciężkim kocem. 

— Już — szepnęła Lis.  

Strażak odwrócił się, nawet na nią nie spoglądając, podszedł i podniósł ubrania z podłogi. Rozwieszał  je na sznurku nad piecykiem. 

— Panienka się nie denerwuje, mam sposoby. W dwie godziny będą suche.  

Karoca wróci za godzinę! 

Koc wyślizgnął się jej nieco z ręki w momencie, gdy strażak się odwrócił.  

— Oj! — Strażak odwrócił wzrok.  

Lis zakryła się lepiej i spojrzała w podłogę zawstydzona, lecz poczuła jednocześnie przyjemne ściskanie w brzuchu.  

— Nic nie było… — mruknął strażak i stał nieco skrępowany. — Na tym mrozie, mokra halka też nie pomoże — dodał po chwili.  

Lis w pierwszym momencie udała, że tego nie słyszy. Gdy spojrzał na nią swoimi ciemnymi błyszczącymi oczami, zrozumiała, że mówił poważnie. Sięgnęła więc pod koc i zsunęła ramiączka. Halka spadła na podłogę.  

Strażak chwycił ubranie pilnie wpatrując się w podłogę i zawiesił je na piecyku. Lis poczuła przyjemność w całym ciele. W jej głowie pojawiły się niebezpieczne myśli.  

— W ten sposób, halka będzie sucha za chwilę. Cienka jest — wyjaśnił strażak, układając materiał, na specjalnym stelażu.  

Gdy się odwrócił, Lis specjalnie delikatnie obniżyła koc. Strażak znów odwrócił wzrok, a Lis zyskała pewność, że to obnażanie na nią działa.  

— Może poszukam panience, jednak jakąś swoją koszulę — odrzekł strażak i podszedł za łóżko, gdzie w słabym świetle schowała się skrzynia. Otworzył ją ze zgrzytem.  

— Spójrz na mnie — powiedziała Lis odsłaniając jedno ramię.  

Strażak spojrzał na nią, lecz tym razem nie odwrócił wzroku. 

— Ten koc ci nie leży. Po co przyszłaś? 

Lis zawahała się, lecz koc w tym momencie spadł z drugiego ramienia.  

— Chciałam wyjaśnić, mój liścik. — odparła czując narastającą przyjemność. 

— Zrozumiałem go, mam trzymać język za zębami. Jak zawsze. Wy szlachciury, zawsze musicie mieć pewność. — Strażak z impetem zamknął skrzynię. — Sammel, nigdy nie rozgaduje historii z pożaru. Nawet jak ktoś się porzyga lub robi pod siebie. Nigdy nic nie gadam.  

— Nic, nie powie? Nigdy, nic nie powie! — ucieszyła się w myślach Lis i opuściła nieco bardziej koc.  

Sammel zamilkł i tylko patrzył. Zauważyła, że powiększyły się jego źrenice. Obniżyła koc jeszcze bardziej. Z przyjemności rozbolał ją brzuch. Gdy odsłoniła pierś, nogi dygotały i zaczęło jej brakować tchu. Uwielbiam to, pomyślała.  

Sammel podszedł do niej i bez wyrzutów podciągnął jej koc do góry. Kiwnął przecząco głową i podszedł do stołu. Zanurzył koniuszek drewnianego kolca w czarnej mazi z ampułki i przebił nim czarną część twarzy. Przez chwilę rozluźnił się i podszedł do pieca sprawdzić ubrania.  

— Widział mnie. Co ja narobiłam? — pomyślała Lis. — Bal, Ślub, dobra Opinia. Ktoś się dowie. Wszystko przepadło. 

Sammel dalej stał odwrócony tyłem.  

— Te poparzenia, to z pożaru u mnie? — spytała Lis instynktownie podchodząc do stołu.  

— Z kopalni — odparł Sammel.  

Lis chwyciła drewniany kolec i mocno zanurzyła w narkotyku. Nim się zorientowała, stała za Sammelem, który schylił się do pieca i z perfekcyjną precyzją wbiła mu kolec w tętnicę szyjną.  

Strażak krzyknął i odskoczył. Wyrwał jej kolec z ręki. Serce Lis  łomotało jak szalone.  

— Dlaczego? — zdążył wycharczeć, nim czarna linia w żyle dobiegła do serca i padł trupem na podłodze.  

— Nie wiem — pomyślała Lis i w panice przebrała się w mokre ciuchy, suchą halkę wsadziła pod pachę i wróciła do świątyni skąd zabrała ją karoca. Bal Narzeczonych spędziła w łóżku, tak jak i kolejny miesiąc.  

Opuściła Górski Kocioł, pierwszego dnia, gdy tylko była na siłach.  Miała dużo zmartwień. Musiała gonić księcia Degusto balującego obecnie w centrum kraju, gdzie szuka narzeczonej. Na domiar złego na horyzoncie pojawiła się burza. Pojechała mimo wszystko.   

— Nie ruszaj się! — krzyczała Lis, z całej siły trzymając za włosy jedną ze swoich przyzwoitek, a drugą próbując jej wyciągnąć z oka igliwie kłujka, niesionego przez wichry. Gdy udało jej się wyciągnąć ostatniego, osunęła się na kolana.  

— Piękna i dobra? — jej ręce oblepiała krew.  

Siła i ogrom burzy zaskoczył wszystkich. Las przez, który jechali leżał jakby ścięty wielką ręką boga. Lis spojrzała na ramię z wbitym większym kolcem. Wyszarpała go i poleciała krew.  

Gdy miał zobaczyć ją lekarz od feralnej burzy minęły dopiero dwa tygodnie. Przyzwoitki zostawiła na parterze, a sama weszła na piętro po drewnianych schodach, chowając do kieszeni pachnący list od Fill.  

 W drzwiach minęła ją zapłakana kobieta ze zdechłym psem na rękach.  

— To u nas normalne — wyjaśniła szybko pielęgniarka za ladą. — Panienka Liszaszil Hiacynwill? Lekarz Biurdekt już czeka. 

Lis kiwnęła głową. Pielęgniarka wskazała jej drzwi i weszła razem z nią do środka. Lekarz wypisywał coś za biurkiem. Pielęgniarka powiadomiła lekarza i usiadła na krześle w rogu.  

— Proszę podejść — rzekł lekarz, nawet nie spoglądając na Lis. — Rana ramienia, zgadza się? 

Lis chciała już wyjść w odpowiedzi na tak nieobyczajne zachowanie, lecz Biurdekt na nią spojrzał. Był młody i płakał.  

— Wszystko w porządku? — Słowa Księgi Obyczaju same wepchnęły się Lis na usta. — Potrzebuje Pan słowa otuchy? 

— Lubię psy, nie lubię ich dobijać — wyjaśnił krótko lekarz, otarł łzy z policzka i podszedł do Lis. — Proszę pokazać ramię. 

Lis udając zażenowanie lekko odchyliła dekolt. Od wielu dni starała się ujarzmić to uczucie, jednakże lubiła jak ktoś patrzy.  

— Wszystko w porządku, następnym razem proszę szybciej pojawić się u lekarza, nie byłoby blizny. — rzekł Biurdekt i odwrócił się w kierunku biurka. 

Z ulicy dobiegł głośny krzyk.  

— Helgi, sprawdź proszę — rzekł Biurdekt. 

Pielęgniarka podeszła do drzwi i otworzyła je. Krzyk był teraz jeszcze bardziej rozpaczliwy.  

— Zrób coś z tym — ponaglił lekarz i wziął się za chowanie zestawu do usypiania zwierząt.  

Lis ruszyła do drzwi, gdy pielęgniarka zniknęła na korytarzu. Postawiła stopę tuż przy progu, gdy silny podmuch wiatru zatrzasnął drzwi przed jej nosem.  

W brzuchu poczuła znajomy, przyjemny skurcz. Znów sama.  

— Nie, nie mogę — szepnęła Lis. Ścisnęła mocno pięść na szału, lecz gdy zrobiła krok naprzód noga sama zawróciła w drugim kierunku. 

— Czy mógłby doktor spojrzeć na moje drugie ramię? Zapomniałam wspomnieć, że czasem mnie kłuje.  

Lekarz westchnął i odwrócił się wpadając na Lis.  

— Nie wiedziałem, że panienka tak blisko… 

— Proszę spojrzeć — rzekła Lis odkrywając ramię. 

Lekarz przyjrzał się. 

— I tu, i tu, i tu — dodała Lis odkrywając ramię coraz niżej, aż sięgnęła linii piersi. 

— To wygląda na bardzo poważne obrażenia. 

— Bardzo — potwierdziła Lis drżąc z rozkoszy. — Bardzo. — Odsłoniła pierś, potem drugą i osunęła suknię po sam brzuch. Złapała się stołu, by nie zemdleć stając jeszcze bliżej lekarza. 

Biurdekt stał osłupiały, nawet wtedy gdy wbiła w jego ramię igłę z usypiaczem.  

Liszaszil odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się, że wreszcie, po dwóch miesiącach gonitwy jest w tym samym mieście co książę Degusto. Z radości mocno ścisnęła różowy szal, który otrzymała od siostry na drogę i zawirowała nim w powietrzu. Spoważniała, gdy zobaczyła spojrzenia swoich przyzwoitek w karocy. To było nieodpowiednie zachowanie. Uspokoiła się, ale pozwoliła sobie na szeroki uśmiech.  

W trakcie podróży, wielu osobom wyciągała igły z oczu, lecz szczególnie jeden wyróżniał się z nich wszystkich. Hrabia Terillo był bogatą i bardzo poważaną personą na dworze księcia Degusto, co sprawiało, że tym bardziej zasługiwał na wizytę kontrolną swoich oczu.  

Następnego dnia, ta przypadkowa wizyta przebiegała całkiem naturalnie. Lis uśmiechnęła się kolejny raz przez sympatyczny żart hrabiego, na temat koni.  

— Szanowna Liszaszil, czy masz problemy z kolczykiem? Może moglibyśmy to naprawić? — spytała Ateksia, żona hrabiego. 

Lis spojrzała na swoją dłoń, którą nieświadomie ściskała ucho. Księga Obyczaju wskazywała wyraźnie, by jeden z gospodarzy reagował na problem gościa.  

— Chyba dziś, ktoś wyjątkowo dużo mówi na mój temat — odpowiedziała Lis.  

Pozostali odpowiedzieli śmiechem. Lis mimo, wszystko nie było do śmiechu. Hrabia nie zaproponował, by jeden z jego synów zabrał ją na bal. Musiała coś wyciągnąć z tej kolacji.  

— Chcielibyśmy Ci ofiarować prezent — rzekł nagle Hrabia.  

Lis prawie podskoczyła na krześle. 

— Och, ja nic Państwu nie przyniosłam. — Standardowa odpowiedź z Księgi.  

— Uratowanie moich oczu, to prezent zastępujący wiele innych — odparł Hrabia.  

Dobry plan, pochwaliła się w myślach Lis. 

— Chcielibyśmy ofiarować Ci opaskę Szanownej Damy naszej rodziny, byś mogła uczyć naszą córkę Hollan dobrych obyczajów.  

Robota z bachorem w zamian za wzrok? 

— Jaka ona faktycznie pełna obyczaju — stwierdziła żona hrabiego. — Z radości odebrało jej mowę! 

— Jestem niezmiernie wdzięczna za ten zaszczyt. — Lis uśmiechnęła się.  

Gdy wróciła do wynajętej kamienicy, natychmiast zamknęła się w pokoju. Zmieniła strój na pospolity i wygodny oraz założyła na palec pierścień z czarnym diamentem.  

Odczekała do północy dławiąc nieobyczajne myśli na temat starego hrabiego, po czym wymknęła się na ulicę. Napięcie w jej brzuchu rosło. W dzielnicy robotników znalazła cichy zaułek.  

Od “wypadku” z lekarzem zawsze wyglądało to tak samo. Wołając pomocy zwabiała zmęczonego robotnika do siebie i przy pomocy pierścienia nakłuwała jego rekę, wstrzykując truciznę. Zaczynała, gdy w jego oczach widziała mętny wzrok zbliżającej się śmierci. Rozbierała się spazmując gardłowo, aż robotnik nie żył. Zawsze była ostrożna, lecz tej nocy pozwoliła sobie na trzech.  

Liczba jej ofiar rosła, jak długo nie udawało jej się dostać zaproszenia na bal. Lekcje dla Hollan, symbol jej porażki, prawie zawsze pchały ją w łapy nagości i śmierci. Kilka tygodni później, gdy książę Degusto miał wyjeżdżać do kolejnego miasta, zwiodła rybaka w domku nad rzeką.  

Gdy umarł, była nim całkowicie rozczarowana. Zdążyła dopiero odsłonic jedno ramię. 

— Widziałam twoją pierś — dobiegł głos z ciemności, gdy wyszła przed domek. 

Czarna sylwetka w słabym świetle księżyca uciekła wzdłuż brzegu.  

— Szantażyści! — W głowie Lis wirowało milion myśli. Skoczyła za uciekającą sylwetką.  

Po kilku krokach w grząskim błocie zgubiła buty. Postać przed nią również miała problemy, lecz szybko zyskiwała przewagę. Lis upadła kolejny raz w błoto ślizgając się na mokrym podłożu i straciła nadzieję, na uratowanie sytuacji, gdy szantażysta również wywrócił się i zjechała do rzeki upadając na linii wody. 

Lis zebrała w sobie wszystkie siły. Boso dopadła postać, która ugrzęzła w błocie i kilkoma ciosami upewniła się, że ta już się nie podniesie. To była dziewczyna o długich włosach. Jęczała i prosiła o litość, gdy Lis chwyciła ją za kołtuny włosów i zanurzyła jej głowę w wodzie. Przez kolejnych kilka chwil, bulgoty przypominały dławiące się: Przestań! 

Odrzuciła bezwładne ciało i upadła obok niego, łapiąc głęboki paniczny oddech. Gdy poczuła słony smak w ustach, zorientowała się, że płacze.  

To nigdy, nie miało się tak skończyć! Zawsze szybko i dla ludzi bez znaczenia. Jak znaleźć siłę, by to zakończyć?! To jest… 

… Hollan.  

Zimny blask księżyca odbijał się w martwych oczach dziewczyny, świecących jak diamenty w pokrytej krwią i błotem twarzy. Usta Lis drżały, po chwili zwymiotowała i odczołgała się na kilka metrów. Skuliła się i zamarła.  

Nie wiedziała ile czasu minęło, gdy się ocknęła.  Musiała wstać i uciec. Musiała przedostać się do miasta niezauważona, lecz tylko na czworakach podeszła do ciała. Hallan nie żyła. Co robić? 

Usłyszała szum. Wyszła na suchy brzeg i dojrzała w oddali wodny młyn. To musi być to.  Hamując odruch wymiotny wygramoliła się z ciałem na suchy brzeg i mimo bólu całego ciała przeniosła je pod młyn. Młyńskie koło roztrzaskało ciało Hallan na kilka części. 

Lis nie czując już nic, oprócz bólu, przemknęła do swojej kamienicy.  

— Już nigdy. Nigdy więcej — obiecywała Lis tydzień później, trzymając rękę na trumnie Hallan. 

— Nie musiałaś przychodzić, wyglądasz na wstrząśniętą — rzekł poważnie hrabia Terillo.  

— Jestem częścią rodziny — odpowiedziała Lis. Ćwiczyła tę kwestię wiele razy. Hrabia kiwnął głową z szacunkiem i odszedł. Zadziałało. 

Lis stała po środku zdobionej kwiatami altany, gdzie umieszczono trumnę Hallan. Ostatnie pożegnanie było dostępne dla wszystkich. Lis nie mogło zabraknąć, mimo, że nie miała na to sił, z przyczyn, których nikt się nie domyślał. Z tej okazji ubrała całkowicie czarną suknię oraz wściekle czerwony kwiat przypięty na wysokości serca.  

— Moje kondolencje — rzekł ciepły męski głos.  

Odwróciła się.  

— Książe Degusto — odparła Lis zaskoczona. Książę stał przed nią w swoim całkowicie białym mundurze z czarną opaską przewiązaną na ramieniu. Był taki piękny. — Dziękuję. Cóż za tragiczna historia.  

Hrabia kiwnął głową.  

— Oby się nie powtórzyła.   

— Oby….szkoda, że poznajemy się w takich okolicznościach — odparła Lis. Jej czarna woalka nieco przypadkiem odsłoniła nieco więcej jej lśniących blond włosów.  

Zobaczyła wahanie w oczach księcia.  

— Mam nadzieję, że szybko się zobaczymy w lepszych humorach — odparł książę i pożegnał ją ukłonem. 

Następnego dnia Lis otrzymała zaproszenie na bal, który miał odbyć się za dwadzieścia dziewięć dni.  

— Nie mógł wyprawić balu dzień później?! — zirytowała się Lis gniotąc mocno zaproszenie w dłoni. Opadła w fotel hamując łzy. 

Przycisnęła ręce do brzucha. Wytrwanie w postanowieniu, okazało się nie takie łatwe. Jeszcze raz spojrzała na zaproszenie, ale data była wyraźna i nie mogła się mylić. Brakło jednego dnia, by zakończyła się jej żałoba po Hallan. Jak ma się ubrać? Czy książę Degusto, znany z dobrego obyczaju o tym zapomniał?  

Mimo wszystko postanowiła, że pojedzie do Płomiennego Pałacu. Ubrała stonowaną kremową suknię. Na lewy rękaw założyła czarną opaskę. Sama stała na otwarciu balu, sama zjadła kolację i samotnie opuszczała bal. Nikt jej nie zaprosił do tańca, a książę nawet do niej nie podszedł. Mocno zaciskała wargi, by nie ryczeć, gdy wyszła przed pałac.  

— Przepraszam — rzekł znajomy głos za nią. Odwróciła się. To był Degusto. Lis czuła, że ma mokre oczy i jeden nieopatrzny ruch sprawi, że łzy wyciekną na policzek. Książę podszedł bliżej. — Nie płacz proszę. To głupia pomyłka. Wszystko, przez jeden dzień tak? 

Lis kiwnęła głową.  

— Czy pomimo, tej wielkiej pomyłki przyjmiesz moje zaproszenie na obiad? — Książę podał jej chusteczkę. Lis wytarła nią kąciki oczu.  

— Z przyjemnością.  

Od obiadu z księciem, sprawy potoczyły się bardzo szybko. Lis świeciła niczym gwiazda, co jakiś czas podświadomie odkrywając przy księciu drobinki swojego ciała. Miesiąc później ogłoszono zaręczyny. Jeszcze tego samego dnia, zgodnie z nakazem Księgi Obyczaju, Lis razem z księciem ruszyli do Górskiego Kociołu, by zlożyć wizytę żyjącej starszyźnie rodziny, czyli babci Lis.  

Poczuła się lepiej, gdy z horyzontu zniknął Płomienny Pałac. Chwyciła Degusto za dłoń i przymknęła oczy ciesząc się jazdą.  

Obudził ją zgrzyt zamka. Usiadła i oparła skroń o zimną stal, osłabiając ból głowy, który towarzyszył jej od tygodni, kiedy ciągle była głodna.  Zbliżał się strażnik.  

— Jak to się mogło zepsuć? — Ta myśl towarzyszyła jej od dnia, gdy wrzucili ją do tej przeklętej celi. — Gdzie jest Degusto?  

— Masz gościa. Pięć minut — rzekł strażnik i odszedł zostawiając latarnię na podłodze. 

— Oskarżyli mnie o dziewięćdziesiąt morderstw. Kto mógłby przyjść? — pomyślała Lis z goryczą. 

Ktoś stanął przy niej. Znajomy smakowity zapach wywołał w niej ból brzucha.  

— To ty, mój kochany? — szepnęła Lis. Nie miała siły patrzeć ani wstać.  

— To ja, Fill. — rzekła siostra przykucając. 

Lis uśmiechnęła się słabo.  

— Kochana Fill.  

— Postaraliśmy się, by nie było wyroku śmierci. Wyślą Cię do robót. Przepracujesz resztę życia, ale będziesz żyć.  

— W maszynowniach? Jako dziwka? — Słaby umysł Lis uaktywnił się.  

— Będziemy Cię odwiedzać.  

— Dziękuję za twoją pomoc — odpowiedziała automatycznie Lis — Masz moją dozgonną wdzięczność.  

Fill wstała zabierając ze sobą cudowny zapach.  

— Babcia, też będzie mnie odwiedzać? Ona mnie nienawidzi. Jacy my? — rzekła na głos Lis.  

Oddalające się kroki Fill zamilkły.  

— Ja i książę Degusto.  

— No tak, jak nie ja to siostra… to siostra…, nie ja, to siostra… — szeptała Lis, żałując, że zapach Fill się ulotnił.  

— Żegnaj Lis! 

W umyśle Lis pojawiła się przerażająca myśl.  

— To ty! — wrzasnęła Lis znajdując ostatki wściekłych sił, by wstać. — Ten zapach! To ty! Szalik, listy! Potem zawsze chciałam to robić! 

— Oszalałaś Lis! — odpowiedziała Fill z oddali.  

— To się zaczęło, gdy dałaś mi ten przeklęty kwiatek! Nie panowałam nad sobą! 

Fill podeszła znów do krat.  

— Niczego nie udowodnisz, kochana siostrzyczko, a Degusto jest mój.  

— On mnie wybrał! 

Fill odkryła nieco swój szal pokazując czerwony ślad na szyi.  

— Pokazywanie nie wystarcza, kochana.  

— On zachowuje wszystkie obyczaje! 

— Wiesz, że nie. Sam opowiadał mi o tym, jak przypadkiem pokazywałaś mu to i owo. On to lubił, więc dałam mu więcej. Żegnaj.  

Fill odwróciła się.  

— Nie poślubisz go — rzekła Lis czując, jak rozpacz i zdrada miesza jej umysł. — Nie pozwolę. To ja jestem piękna i dobra. 

— Już nic nie możesz. Zaręczyny po procesie, a potem ślub.  

Lis sięgnęła do ucha i ścisnęła je mocno miażdżąc ukrytą w małżowinie kapsułkę. Czuła jak zimne łzy zalewają jej policzki. Mętlik uczuć szarpał jej serce, gdy poczuła ciepło trucizny rozlewające się z ucha po całym ciele.  

— Nie ma ślubu, jeśli najbliższa rodzina umrze. — Lis osunęła się na podłogę. — Wtedy żałoba trwa rok. A w tym czasie, Degusto już się tobą znudzi.  — Lis mówiła coraz ciszej. — I znajdzie inną.  

— Coś ty zrobiła Lis! 

— Jestem dobra, dobra i piękna — powiedziała Lis, po czym umarła.