Spis Treści
Part 1
Kreo obiecywał sobie w duchu, że nie zadrży, ani nie zrobi pod siebie, gdy przebiją go włócznią, a potem jego ciało zawiśnie na wrotach. Umrze jak bohater.
— Generale, generale! — czyjś głos wyrwał go z zamyślenia. Rozejrzał się i zobaczył obok siebie żołnierza z czarną od mrozu połową twarzy, który stał czekając na odpowiedź.
Kreo uniósł pytająco brew.
— Generale, nie utrzymamy Bramy Powitań. Jakie rozkazy?
Kreo nabrał powietrza i zmarszczył brwi, by nadać sobie mądry wyraz twarzy.
— Wycofać się na plac! Przyjmiemy ich jak na Dual przystało.
Żołnierz skinął głową i odszedł. Kreo stał na blankach muru nad Ostatnią Bramą. Patrzył na kamienny most, który z drugiej strony chroniła Brama Powitań, zamieniająca się pod wpływem czarów w lodowe gruzy. Po chwili przez most przebiegli obrońcy i zamknięto wrota Ostatniej Bramy.
— Przeklęty Król Listek! — zaklął w myślach Kreo, gdy spojrzał na most, który był piękny, ale nieprzystosowany do obrony zamku Dual Mi. — Za bardzo uwierzyliśmy w swoją potęgę.
Kreo odwrócił się. Na placu poniżej zebrały się jego ostatnie oddziały piechoty i łuczników. Nie zostanę już bohaterem, ale zrobię to co potrafię najlepiej: zrobić groźną minę, pomyślał Kreo.
— Żołnierze! — krzyknął, tak jak robił to setki razy, podczas parad wojskowych.
Wszyscy zwrócili się w jego stronę. Kreo poczuł, że uginają się pod nim kolana. Pierwszy raz w życiu stoi przed wyzwaniem, które zmieni jego losy, i robi mu się od tego niedobrze — fatalny moment na mdłości!
— Żołnierze! — powtórzył Kreo głośniej, by dodać sobie odwagi. — Została nam Ostatnia Brama. Nie oddamy jej!
Nabrał powietrza, lecz nagle nie mógł powiedzieć nic więcej. Otworzył usta, niczym ryba wyciągnięta z wody, lecz nie pojawił się już żaden dźwięk. Wyszarpał szybko miecz z pochwy, zbiegł na plac, podtrzymując swój wzdęty brzuch i stanął na czele obrony. Huk, a potem głośny ryk, oznajmiły, że Brama Powitań została zniszczona i podąża do nich olbrzym górski wraz z czarnym magiem.
Kreo przełknął ślinę i udało mu się wydobyć z gardła w miarę głośne: Gotuj się!
Szelest napinanych łuków, sprawił, że prawa noga Kreo zaczęła dygotać. Rzucił okiem na żołnierzy, by sprawdzić, czy to widać, lecz na twarzach żołnierzy dojrzał jedynie odwagę i skupienie. Gardził sobą coraz bardziej, ale dla nich musiał być odważnym generałem. Gula stanęła mu w gardle, więc uniósł miecz. W odpowiedzi żołnierze uderzyli mieczami o swoje tarcze.
Eksplozja magii wyrwała wrota z Ostatniej Bramy, które z jękiem zawisły na powyginanych zawiasach. Na środku mostu stał mag, zmęczony wyładowaniem energii. Zza jego pleców ruszył do ataku olbrzym górski.
Kreo nabrał powietrza, by wydać komendę, lecz na środku bramy pojawił się chłopiec, zaciskający mocno pięści. Kreo zawahał się, lecz sekundę później oszołomił go krzyk, a potem wielka siła uderzyła go wyrzucając w powietrze.
Jęknął, gdy uderzył biodrem w kamienne płyty. Jego żołnierze w większości utrzymali się na nogach i patrzyli w zdumieniu przed siebie. Kreo podniósł się i spojrzał w tym samym kierunku. Most był pusty.
— Walczyć! — wrzasnął wreszcie Kreo. — Odbić Bramę Powitań!
Łuki zagrały i po chwili grad strzał spadł na piechotę wroga pozostałą na drugim końcu mostu. Żołnierze wroga wycofali się w popłochu za Bramę Powitań. Piechota Dual Mi ruszyła z okrzykiem za nimi, tworząc po chwili mur z tarcz w ruinach Bramy Powitań.
Kuśtykając, Kreo podążył za nimi i stanął na czele, oceniając sytuację. Pozycja zamku Dual Mi dalej była katastrofalna. Tysiące żołnierzy nieprzyjaciela uciekały z Wielkich Schodów, które tworzyły rynnę wykutą w skale, biegnącą od bramy, aż do dna doliny, którą z tej wysokości ledwo można było dojrzeć.
— „Ani jedna kula?!” — zirytował się w myślach, gdy przejrzał wzrokiem zniszczone zrzuty kamiennych kul, które zrzucano do rynny schodów, by zniszczyć oddziały wroga. — Gdybym miał choć jedną kulę, właśnie przełamalibyśmy, to szalone oblężenie! Albo DualMa, mógłby teraz to zrobić!
Kreo odwrócił się i zrobił kilka powolnych kroków, po czym dał sobie spokój. Nim dojdzie do klatek szczuroskoczków, wróg zdoła się wycofać.
— Zabarykadować bramę! — rzucił rozkaz przez ramię i powoli ruszył przez most, próbując się uspokoić. Rzutem oka upewnił się, że olbrzym górski porządnie roztrzaskał się o skały w przepaści poniżej, i wrócił do użalania się nad brakiem kuli.
— „Gdybym miał zamiast tego, choć magmaga” — pomyślał w momencie, gdy stanął w Ostatniej Bramie. — Gdzie jest ten chłopiec?
Półkolisty plac zamku Dual Mi był pusty, a na jego inkrustowanych płytach połyskiwała jeszcze świeża krew. Rzeźby i pomniki stały dostojnie po bokach, pozbawione głów i rąk.
Spojrzał na płytę pod sobą. Nie miała śladów krwii. Chłopiec, raczej przeżył, więc musiał być tylko w jednym miejscu.
— Jak ja niecierpię tego typa — rzekł Kreo, dodając do tego kilka przekleństw, po czym ruszył w prawo w kierunku schodów biegnących w górę między skałami. Kilka minut później jęknął, gdy po wspinaczce krętymi schodami wykutymi w skale, poczuł kłucie w boku.
— Sroka, otwieraj! — wrzasnął i oparł się o skałę kilka metrów od drewnianej chatki szarpanej przez górski wiatr. Nic się nie wydarzyło, więc znów rzucając kilka przekleństw, wdrapał się kilka schodów wyżej i walną pięścią o drzwi.
— Otwieraj! — zamachnął się kolejny raz, lecz tym razem ręka nie napotkała oporu i niemal przewrócił się do środka, gdy Sroka otworzył drzwi. — Cholero jedna! — zaklął i złapał się framugi drzwi.
— Jesteś gruby, stary i beznadziejny, ale szczęścia ci nie można odmówić! — przywitał go Sroka z szerokim uśmiechem. Jak zawsze nosił długie czarne zwichrzone wiatrem włosy i miał na sobie mieszaninę ubrań od galowego munduru po pasterską kamizelkę, co idealnie odzwierciedlało jego styl bycia, czyli nieprzewidywalny.
— Oddawaj chłopca — wysapał Kreo, opierając się dalej o framugę drzwi.
— Wejdź, zanim padniesz trupem i pogłoski na mój temat będą mieć dobre uzasadnienie — odrzekł Sroka, chwytając go za ramię.
— Nie jestem twoim dziadkiem! — Kreo odtrącił jego dłoń i poczłapał do środka, łapiąc pierwszy taboret z brzegu i oparł się łokciami o stół. Sroka zamknął drzwi i przeszedł na drugi koniec izby, gdzie zza zasłony wyłonił się chłopiec.
— To stary przyjaciel — rzekł do chłopca Sroka. Chłopiec niepewnie wyszedł z cienia i podszedł do paleniska umieszczonego po środku.
— Dosłownie stary — zauważył chłopiec.
Kreo zdobył się na swój groźny wyraz twarzy, ale chłopiec nie zareagował, więc szybko z niej zrezygnował. Chłopiec musiał mieć doświadczenie z dorosłymi.
— Nie taki stary i już nie wiem, czy przyjaciel — odparł Kreo, próbując nowej strategii.
— Za każdym razem, jak tu włazi tak gada — skomentował Sroka. — Mógłbyś wreszcie schudnąć.
— Kto cię nauczył magmagii wojskowej? —- zwrócił się do chłopaka Kreo, specjalnie ignorując Srokę, który jak zawsze testował jego cierpliwość.
— Nikt! Tata nie miał z tym nic wspólnego! Tylko kamienie — odparł chłopak niemal krzycząc.
— Spokojnie, tacie przekażę najwyżej gratulacje — rzekł Kreo, czując jak żyłka na skroni zaczyna mu pulsować. Jego cierpliwość do dzieci szybko się kończyła.
— Czyli sam się nauczyłeś jak działa to ustrojstwo? — drążył temat Kreo.
Chłopak kiwnął głową z entuzjazmem.
— Na pewno?
— W sumie samo wyszło, wściekłem się po tym co zrobili tacie.
— Na pewno dojdzie do siebie — skomentował Kreo, nie przejmując się dziwnym spojrzeniem Sroki. — Muszę cię zabrać od Sroki. Możesz nam się przydać.
Chłopiec otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Kreo wstał od stołu.
— Zaprowadź go do Galis — rozkazał Sroce.
— Nie jestem twoim żołnierzem — odparł Sroka, który przysiadł w kącie.
— Przyprowadź, zobaczysz kilka błyskotek.
— W sumie, i tak czeka cię lekcja empatii, więc warto wpaść na kolację — odparł Sroka i klepnął chłopca w ramię. — Idziemy?
— Kolację? — Kreo spojrzał niezadowolony. — Lekcję?
Part 2
A mogłem sam wszcząć jakąś wojnę, pomyślał Kreo, wchodząc do swojej kwatery rozświetlonej przez wielkie kryształowe okno. Wielkoludy, smoki, ogry, całe to tałatajstwo, można było podbić w szybkiej wojnie. Spojrzał na swoją twarz w pozłacanym lustrze przy wejściu. Nieprawda, lubił sławę, ale jak najmniejszym kosztem; wojna wtedy i dziś wydawała mu się zbyt męcząca. Krocząc po miękkim dywanie podszedł do biurka i sięgnął po swój portret, który stał tu tak samo jak postawił go czterdzieści lat wcześniej. Najmłodszy generał w historii, piękny i sławny, który nigdy nie doczekał bitwy.
— Triki, tik — cichy głosik dobiegł go z rogu pomieszczenia.
Kreo odwrócił się, po czym z uśmiechem podszedł do klatki umieszczonej w rogu pokoju, która przypominała miniaturowy pałac. Chwycił za klamkę malutkiej bramy i otworzył ją. Po chwili ze świstem wyleciał z klatki niewielki krukotoperz i usiadł mu na ramieniu.
— Witaj, Trik. — Kreo pogłaskał czule zwierzątko po głowie. Było połączeniem kruka z nietoperzem, obrzydliwe dla większości ludzkości, lecz nie dla Kreo. Dla Kreo był cudowny, szkoda, że aktywizował się w nocy, przez co rzadko się widywali. — Chodź Trik, przyjmiemy kilku tych nachalnych pomagierów, jak zawsze.
Kreo przebrał się w mundur wieczorowy, usiadł za biurkiem i dalej mając Trika na ramieniu uderzył w dzwoneczek na biurku. Drzwi otworzyły się i wszedł pierwszy adiutant.
— Złe wieści generale!
— Od rana innych nie otrzymuję — szepnął Kreo do Trika na ramieniu. — Raport! — zwrócił się do żołnierza.
Gdy ostatnie promienie słońca wpadały jeszcze przez okno, Kreo skończył przyjmować adiutantów, wnioski, raporty, petycje, po czym z szumiącą głową podszedł do swojego sejfu, ukrytego za jego obrazem. Jeszcze nigdy nie musiał podjąć tylu decyzji na raz, w tak szybkim tempie. To chyba wyczerpywało jego grafik na cały rok!
— Trik, trik — zaświergotał Trik.
— Tak, wyciągamy coś szczególnego — wyjaśnił Kreo, otwierając sejf za pomocą specjalnego powykrzywianego klucza. Kreo przyjrzał się znalezisku i wrzucił do sakiewki, którą przypiął do pasa. Z wahaniem chwycił za miecz, który odłożył wcześniej na bok, gdy stał się zbyt niewygodny.
— Miecz do kolacji? — zapytał Trika. — Nigdy nie wiadomo, kiedy wrócą — stwierdził i przypasał miecz, po czym opuścił swoją kwaterę.
Part 3
Zamek Dualmi zbudowano tarasowo. Plac i mury obronne znajdowały się najniżej, na kolejnych dwóch wyższych półkach umieszczono wszelkie budynki wojskowe, rzemieślnicze oraz mieszkalne dla zwykłych obywateli. Na czwartej powstały pałace szlachty, a wśród nich górowała Kwatera Generała, będąca w rzeczywistości kolejnym pałacem o wojskowych twardych rysach.
Na ostatniej półce znajdował się Pałac Królewski, górujący nad wszystkim dookoła. Kreo przyjrzał się jego tonącej powoli w ciemnościach budowli, gdy przechodził przez stromo opadającą główną ulicę, która biegła od pałacu do Ostatniej Bramy.
— „Takie cudo, tylko po to, by posadził tyłek na tronie tylko raz w roku” — zamarudził Kreo w myślach. — „Może generał, mógłby na nim zasiadać na czas wojny?” — Kreo wstrząsnął głową. Gdy był głodny i patrzył na pałac, zawsze przychodziło mu coś głupiego do głowy.
Wtedy usłyszał wesołe “trik trik” i z jego ramienia oderwał się Trik, radośnie ulatując w przestworza.
— Trik, wracaj! — Kreo machał energicznie rękami, lecz Trik zakręcił kilka radosnych kółek i zniknął pośród mgły opadającej ze szczytów. — Wracaj!
Kreo zacisnął pięść i mocno wyrzucił zimne powietrze z płuc. Poczuł jak drży mu noga, więc ruszył szybkim krokiem, by pozbyć się niemiłego uczucia. Zszedł dwa tarasy niżej i skierował się na zachód, gdzie nad krawędzią przepaści wznosiły się koszary. Minął je beznamiętnie i kopnięciem otworzył drzwi do wieży przyłączonej do jednego z rogów niskiego muru otaczającego koszary.
Gdy wgramolił się na piętro zastał Srokę i chłopca zjadającego żołnierską kolację, w towarzystwie narchemik Glis. Proste pomieszczenie oświetlało kilka świec.
— Gadaj, co wiesz! — warknął Kreo, łapiąc się krawędzi stołu.
— A ciebie co ugryzło? — Glis podała mu taboret, lecz odgonił ją machnięciem ręki.
— O czym? — spytał chłopiec odsuwając pusty talerz.
— Jak używać to cholerstwo — stwierdził Kreo, wyrzucając ze swojego woreczka garść kryształowych grubych płytek.
Glis uniosła brwii, lecz chłopiec lekko zbladł i zerwał się na nogi unosząc ręce.
— Nie ruszać się! — krzyknął chłopiec.
Chłopiec spojrzał dokładnie na rozsypane kryształy, po czym z ulgą usiadł na taborecie.
— To było głupie! Mogłeś mieć iskrę.
Kreo zachmurzył się jeszcze bardziej.
— Język w gębie!
Sroka wstał od stołu.
— Kreo chciał powiedzieć, byś wyjaśnił to lepiej zebranym, bo nie mamy pojęcia o czym mówisz.
— Nie to chciałem powiedzieć. Nie poprawiaj mnie.
— Może pogadamy za chwilę, jak odzyskasz trochę empatii? — spytał Sroka chwytając go za ramię.
Kreo wyprostował się, spojrzał w oczy Sroki a potem na Glis, lecz po chwili wahania odtrącił rękę Sroki i kazał sobie podać taboret.
— Wyjaśnij.
— Musisz dać Słowo Bezpieczeństwa na mnie i na moje rzeczy — rzekł chłopiec stanowczo.
— Sroka, po coś go tego nauczył, by mnie wnerwiać jeszcze bardziej?
— Prosisz chłopca, o wyjawienie wielkiej tajemnicy. Nie jest naiwny — skomentowała Glis.
— Masz moje słowo bezpieczeństwa na ciebie i na twoje rzeczy — rzekł Kreo.
— I słowo zemsty — dodał chłopiec.
Kreo otworzył szerzej oczy, lecz gdy przyjrzał się lepiej chłopcu nie skomentował.
—- Na całą armię geodatrów — rzekł chłopiec.
— Słowo Zemsty na armię geodatrów.
Chłopiec odchylił rękaw koszuli ukazując przedramię, na którym miał kryształy podobne do tych które miał Kreo, zawleczone na srebrny drut umieszczony między dwoma obręczami, przez co kryształy leżały w jednej linii.
— To Żyła — wyjaśnił chłopiec. — Dzięki niej można wydobywać magię z kamieni. Macie takie coś?
Glis kiwnęła głową i po chwili na stole leżały dwie żyły, wielkością pasujące na nadgarstek dorosłego człowieka.
— Wyglądają jakby, je przeżuł górski troll — skomentował chłopiec.
Kreo chwycił jedną z nich i założył na rękę, mimo, że faktycznie opaski ze skóry i poplamiona krwią srebrna iglica, sprawiały wrażenie mocno używanych.
— Co dalej?
Chłopak wskazał na złoty kryształ, który umieszczony był od strony ramienia.
— To Iskra. Bez niej nie użyjecie magii, chyba, że jesteście megamagami, którzy wykorzystują swoją iskrę życia.
Na te słowa Glis położyła na stole dwa złote kryształy.
— Jestem od tego, by nie robił głupot — wyjaśniła Glis uśmiechając się.
Kreo chwycił za jeden złoty kryształ, gdy w tym momencie wieża zadrżała.
— Coś uruchomiłem?
— Nie, nie dałeś…
Chłopiec nie dokończył mówić, gdy w okna uderzyły olbrzymie szpony. Po chwili w środku panował chaos, latało drewno, kamienie i sypał się szkło.
— Jaszczury! — wrzasnął Sroka, gdy kolejne uderzenie powaliło wszystkich na podłogę.
— Czarny… czerwony…. — krzyczał chłopak do Kreo, który upadł na podłogę. Chłopiec rozsądnie krył się przy ścianie między oknami.
Generał zrozumiał chłopca, gdy ten wskazał na Żyłę i celując w jedno z okien wyczarował podmuch powietrza, który odrzucił potwora od okna.
— Czarny… czerwony…szary…złoty!
Kreo położył się na brzuch i drżącymi rękami sięgnął po rozrzucone po pomieszczeniu kryształy. Sroka w tym momencie z radosnym okrzykiem bojowym, z toporami w dłoniach, rzucił się do walki do kolejnego okna. Kreo nie mógł dostrzec Glis.
Belka spadająca z sufitu niemal rozbiła mu głowę, gdy sięgnął po czarny kryształ, lecz nie wiedział jak go nałożyć. Spojrzał na chłopca, gdy ten krzyknął: daj czerwone i szary!
Kreo natychmiast machnięciem ręki zagarnął do niego garść kryształów. Chowając się pod stołem obserwował, jak błyskawicznie chłopiec odpina zabezpieczenie na górnej obręczy, chowa w zębach złoty kryształ, po czym rozsypuje swoje kryształy i zakłada nowe. Czarny, kilka czerwonych, szary i na końcu złoty.
Sekwencja, pomyślał Kreo. Bez zwłoki pozbierał kryształy i ułożył je w takim samym układzie co chłopak.
Czerwony blask rozświetlił pomieszczenie, gdy języki ognia wyczarowane przez chłopca uderzyły w okno. Jaszczury wrzasnęły i nastała cisza. Kreo wykończony i ogłuszony własnym biciem serca, położył się na plecy, gdy nagle resztka dachu wieży oderwała się, zrzucając na nich masę odłamków. Gdy wyjrzał spod stołu, zobaczył jaszczury unoszące się na tle nocnego nieba.
Chłopiec i Sroka walczyli dalej. Kreo zerwał się na nogi i wyciągnął przed siebie dłoń.
— Co, teraz?! Co, teraz? — krzyknął na chłopca.
— Odbezpiecz czarny!
Kreo w słabym świetle nie mógł dojrzeć jak to zrobić. W ostatniej chwili padł na podłogę, gdy Jaszczur próbował pochwycić go w locie. Gdzie jest to cholerstwo? Jak odbezpieczyć!?
Po chwili zobaczył, nakładkę, która wisiała bezwładnie na początku Żyły. Założył ją na czarny kryształ. Pozostałe natychmiast zareagowały rozświetlają się delikatnym blaskiem. Kreo zacisnął pięść, i uniósł w geście zwycięstwa, po czym wycelował dłonią w Jaszczury.
Nic się jednak nie stało.
— Nie działa!
Chłopiec nie odpowiadał zajęty walką z Jaszczurem.
— Zaraz skończy mi się moc! Sroka pomóż! — krzyknął chłopak.
— Co teraz? — krzyczał Kreo.
Generał drgnął, chwycił za swój miecz i stanął w obronie chłopaka zaciskając zęby w bojowym szale. Machnięciem odgonił jaszczura, i gdy miał rozciąć jego szpon, potwora odrzuciła od niego seria strzał wbijających się w jego cielsko. Łucznicy zdążyli na czas.
Pozostałe potwory z krzykiem odleciały. Kreo odprowadził je wzrokiem, zastanawiając się jak bardzo był bezużyteczny.
Part 4
— Nie możesz, tego zrobić! Zostaw chłopaka w spokoju! — dobiegał głos Sroki z oddali.
Kreo ruszył między żołnierzy zebranych na placu przy Ostatniej Bramie, starając się ignorować przyjaciela. Kazał adiutantom trzymać go z dala od siebie. Krzyk zaskoczenia za jego plecami zwiastował, że zdało się to na nic. Odwrócił się.
Adiutanci odganiali się od chmary motyli, które ich obsiadły. Sroka, zawsze miał sposób i zawsze miał swoje zdanie.
— Chcesz nadrabiać własne porażki posyłając chłopaka na śmierć? — wypalił mu w twarz Sroka.
Kreo tylko chwycił mocniej za rękojeść miecza i wciągnął brzuch, po czym odwrócił się znów w kierunku bramy, gdzie stał uzbrojony chłopak z kryształami na rękach.
— Pokonał Jaszczury, da radę i tym razem — odpalił Kreo, przyspieszając kroku.
— Jak myślisz, dlaczego stoją, zamiast wygrać przewagą liczebną? Mamy tylko małą barykadę, nic więcej!
— Stracili maga i wiedzą, by z nami nie zadzierać.
— Myślą, że my mamy magmaga, Kreo. — Sroka nie dawał za wygraną wciąż podążając jak niechciany ptak. — Zawsze byłeś słaby z taktyki. Jak myślisz, jak szybko dojdzie do rzezi, gdy zorientują się z kim mają do czynienia?
Kreo wciąż ignorował przyjaciela. Sroka chwycił Kreo za ramię.
— Jego ojciec nie żyje.
Kreo zwolnił kroku.
— Chłopak pyskuje, popisuje się i jest dzielny, by jakoś poradzić sobie ze stratą. Jak myślisz, czy to wystarczy, by poradzić sobie na polu bitwy? Pomożesz mu w swoim wymuskanym mundurze bitewnym? — dodał Sroka.
Kreo zatrzymał się i skupił wzrok na chłopcu, którego kazał ubrać w zbroję i świecidełka, jak na maga przystało. Poczuł, że noga znów zaczyna mu drżeć.
— Co w takim razie mam zrobić, Sroka? — Odwrócił się i podszedł do przyjaciela. — Może zawsze chciałem dobrze wyglądać i szukałem łatwej chwały, ale wiem jedno, albo ich pokonamy w walce lub zmiażdżymy kulą, której nie mamy, albo za chwilę sami pozjadamy się z głodu. Spichlerze są puste! — dodał ściszonym głosem, odpychając Srokę od siebie i znów ruszył w kierunku bramy.
— Nie możesz.
Kreo odwrócił się gwałtownie.
— Za mną Sroka!
Kreo ruszył pod górę główną drogą. Walczyła w nim intuicja oraz z ten cholerny rozsądek, który wstrzyknął mu jak trucizna Sroka. Ten wałęsacz, zawsze musiał mieć rację!
Kilkanaście metrów dalej, Kreo zwolnił kroku łapiąc zadyszkę.
— Spokojnie, Kreo. — Sroka starał się go uspokoić.
— Za mną, Sroka!
Kreo nie dawał za wygraną. Kilka minut później znaleźli się na schodach prowadzących do Królewskiego Pałacu.
— Otwierać! — rozkazał Kreo strażnikom przy wejściu.
— Ale…
— Otwierać! — wrzasnął Kreo i już zamierzał sam wyważyć drzwi, gdy jeden z żołnierzy otworzył przed nim wrota. Kreo wpadł do sali tronowej i zaczął krzyczeć:
— Niech król nam odpowie! Niech król nam doradzi! Nie ma? — Kreo rozłożył ręce w teatralnym geście. — Gdzie jest król?
Sroka stanął z założonymi rękami.
— Królu! Królu! — krzyczał Kreo, a jego głos roznosił się, po olbrzymiej sali, do której wpadało światło przez kolorowe witraże, głównie oświetlając tron nad którym, górował posąg dwóch bliźniaków dźwigających świat.
Kreo żwawym, jak na siebie, krokiem, wdrapał się na kolejne schody i siadł na królewskim tronie.
— Może teraz mnie oświeci?! — grzmiał Kreo — Królewskie siedzisko, na pewno pomaga w myśleniu! Radź mi Sroka!
Sroka podszedł powoli, gdy przyjaciel nieco się uspokoił.
— Byłby dobry z ciebie namiestnik.
Kreo spojrzał na niego z irytacją.
— I faktycznie, ta sala ma coś w sobie, bo mam dla ciebie rozwiązanie — rzekł Sroka.
Part 5
Wiatr niósł ze sobą zapach nadchodzących zmian. Kreo wyczuwał to w każdym wilgotnym podmuchu z domieszką nuty mokrych liści i chłodu. Odgłos jego kroków, który rozchodził się po Wielkich Schodach nadawał powagi tej chwili.
Spełnianie obowiązków i marzeń, wymaga odwagi, powtarzał sobie w myślach Kreo, gdy minął próg Bramy Środkowej i zatrzymał się kilka stopni niżej. Daleko w dole w obozie wroga panowało zamieszanie. Tysiące żołnierzy budziło się tworząc chaotyczne mrowisko.
— Co za hołota.
Kreo spojrzał za siebie. W górze schodów, stały jego wojska gotowe stoczyć ostatnią bitwę. Dumni, odważni, w idealnym szyku. Za to kochał swoich żołnierzy. Dojrzał Srokę, który pierwszy raz od wielu lat założył pełną zbroję. Kiwnął mu głową na znak, że jest gotów. Kreo zobaczył w oczach przyjaciela, że ten wreszcie go zrozumiał. Kreo nie mógł powierzyć tego zadania nikomu innemu. Tylko on sam mógł wystawić siebie na niemal pewną śmierć. W górze usłyszał wrzask, więc podniósł głowę.
Jaszczury zerwały się do lotu. Gdy oceniając pilnie, okrążyły go, odsłonił rękaw lewej ręki i uniósł w górę, by dokładnie zobaczyły błyszczącą na niej Żyłę; by poczuły strach. Jakby na potwierdzenie tej tezy łucznicy wyborowi oddali kilka celnych strzałów, po czym jaszczury uciekły.
Plan działa, upewnił się w myślach Kreo, uspokajając dygoczącą nogę. U progu schodów pojawiły się pierwsze oddziały wroga niepewnie zdobywające kolejne stopnie schodów. Gdy wróg z każdą chwilą powiększał przewagę, krzyki, trzaski mieczy i pancerzy falą uderzały w uszy obrońców.
Jeszcze bliżej, jeszcze chwila upewnił się Kreo, po czym gdy wyraźnie dojrzał sylwetki wrogich żołnierzy wyciągnął z pochwy miecz.
— Nie za blisko, nie za daleko — rzekł Kreo, po czym odwrócił się i uciekł za Środkową Bramę. Krzyk zwycięstwa dochodzący z dołu, upewnił go, że wróg złapał przynętę. W szale pędzili za nim, coraz wyżej, aż nie było już odwrotu.
Kreo uniósł miecz, a gdy jego armia rozpierzchła się, odwrócił się do wroga, który dopiero po chwili zauważył zmianę jego postawy. Z dala dobiegł ich grzmot, potem schody coraz bardziej zaczęły drżeć. Kreo z wyciągniętym mieczem, dalej rzucał wrogowi wyzwanie, który z coraz mniejszym zapałem parł coraz wyżej, aż w końcu w blasku jesiennego słońca z Bramy Powitań wypadła złota kula, niczym spadające słońce zwiastująca koniec.
Na ten widok Kreo stracił panowanie nad swoimi nogami. Ani drgnęły. Paraliż połączony z olbrzymim zachwytem targał jego ciało, aż w końcu zmusił się, by w ostatniej chwili upaść na jeden z głębszych schodów. Złota kula przefrunęła nad nim i wpadła w tłum, miażdżąc oddziały wroga. Świat pokrył się krwią.
— „Czy to już?” — pomyślał Kreo, lecz obrazek nie zgadzał się. Wielu wrogów poległo, lecz dopiero w tej chwili zauważył, niedoskonałość planu Sroki. Złota kula świata, z barków bliźniaków z królewskiego pałacu, była mniejsza niż kule bojowe.
Wróg został przetrzebiony, lecz dalej miał siłę i ruszył dalej w bój.
— Wycofać się! — krzyknął Kreo w kierunku swoich oddziałów, które znów ustawiły się w szyku, po czym odwrócił się i starł się z pierwszym wrogiem. Zaskoczyło go, jak łatwo udało się go pokonać. Potem powalił następnego i następnego, aż instynktem wyrzucił lewą rękę przed siebie i fala magii powaliła kilku wrogów naraz.
Spojrzał znów za siebie, lecz zobaczył, że armia Dual Mi stoi, aż w końcu sypie, by ruszyć z bojowym okrzykiem w dół schodów.
— A więc bitwa! — krzyknął Kreo.
W tej chwili miecz wroga ranił go w ramię. Kreo odbił kolejny cios i powalił wroga, lecz następny cios ranił go w nogę. Kreo wrzasnął, lecz zacisnął zęby i powalił kolejnego żołnierza. Żyła nie chciała go słuchać, gdy chciał wyczarować podmuch.
Otoczyli go. Walczył dzielnie otrzymując kolejne rany i powalając wrogów, aż gdy jego wojska starły się z wrogiem, miecz przebił jego ciało na wylot. Oczy zamgliły się. Gdy upadał, zobaczył jak Sroka staje w jego obronie.
— To jest piękne — pomyślał Kreo, uśmiechając się do Trika, który właśnie usiadł mu na ramieniu.
Umarł jak bohater.
Zostaw swoją opinię
Dla autora bardzo ważne jest otrzymywanie precyzyjnej oceny swoich treści. Jeśli chciałbyś pomóc mi w rozwoju tekstów, odpowiedz na trzy pytania w Formularzu Google lub dodaj komentarze do konkretnych elementów tekstu w Dokumentach Google.