Spis treści
- Prolog
- Przywoływacz
- Ona
- Włam
- Pogaduszki
- Wymarzona chwila
- Moje kochanie
- Złe wieści
- Dobranoc
- Ranna
- Sprawa
- Wóz
- Wyrok
Prolog
Snajd wspinał się do gniazda srokogłaza. Musiał działać szybko, samica mogła wrócić w każdym momencie. Nie było to, jednak takie proste. Śliskie i ostre skały jaskini broniły dostępu do ukrytych skarbów.
— Pospiesz się! — szepnęła Evve, daleko w dole, a jej głos odbił się echem wśród głębokiej szczeliny.
Snajd zagryzł tylko zęby, by gniewnie nie skomentować, kolejnego ponaglenia w przeciągu kilkunastu sekund. Jakbyś była na moim miejscu, inaczej byś śpiewała złotko, pomyślał.
Wdrapać się wysoko, po bardzo stromej ścianie to jedno, lecz dostać się do gniazda srokogłaza, to drugie. Snajd od kilku minut obserwował, jak Gniazdo żyje. Wije się, tworząc jakby niecierpliwą skorupę orzecha.
Snajd wdrapał się dość blisko, by wykonać prawie najniebezpieczniejszy manewr.
— Uważaj! — kolejny szept dobiegł z dołu.
Snajd skoczył. Chwycił się dobrze wystającego kamienia, lecz Gniazdo uderzyło go biczem. Uścisk puścił, ale tylko na sekundę. Wystarczyło, by Snajd zawisł na jednym palcu.
— „Może być” — pomyślał Snajd.
— O Boże!
— „Pamiętaj, by nigdy nie zabierać baby na akcję!” — zganił się w myślach Snajd, próbując złapać drugą ręką skałę poniżej – „Nigdy!”
Całym swoim wysiłkiem i sprężystością ciała podciągnął się na jednym palcu, i złapał mocno za drugi głaz.
— Wraas! — Ogłuszający jęk wypełnił jaskinię.
Snajd znieruchomiał.
— Wraca! — wrzasnęła Evve.
Snajd nie czekał ani chwili. Sięgnął do pasa po jarzący się czerwienią kryształ, uderzył nim o ścianę, po czym wrzucił w sam środek gniazda. Blask płomieni oślepił go na chwilę, jednak lata treningu sprawiły, że automatycznie podrzucił się w górę, i złapał największy kryształ, który skrywało gniazdo.
— Jest! – krzyknął celebrując znalezisko, by następnie, w ostatniej chwili, spaść w dół. Srokogłaz uderzył całym ciałem w gniazdo i zniszczył je doszczętnie. Miał wielkie błoniaste skrzydła, mały dziób, dwa wielkie pazury u nóg i płaskie czerwone oczy. Okrzyk nienawiści nie wróżył nic dobrego. Rozjuszone zwierzę rozłożyło czarne skrzydła i ruszyło na łowy.
Snajd, aż jęknął z bólu, gdy uderzył tyłkiem o skały i zaczął się po nich ześlizgiwać z coraz większą prędkością.
— Uciekaj Evve!
Gdy był już prawie na samym dole odbił się od ściany i skoczył na równe nogi. Evve ciągle stała w miejscu.
— Biegiem! — szarpnął ją za rękę i pędem ruszył przed siebie w ciemność jaskini.
Evve tylko piszczała z przerażenia.
— Ładuj portal! — rozkazał Snajd
— Nie… umiem…tak…
Srokogłaz uderzył w nich jak piorun. Evve potknęła się i uderzyła kolanem w skałę.
— Snajd! – dziewczyna darła się, gdy chłopak stale ciągnął ją za sobą targając po skałach. Srokogłaz uderzył znowu, jednak tym razem coś oślepiło go i zatrzymał się na chwilę. Jarzący się mocny blaskiem kryształ padł na ziemię za plecami Evve.
— Wstawaj, to nie działa długo! — ponaglał Snajd, starając się podnieść Evve na nogi. — Postaw Portal!
Evve starała się skupić, ale nie była wstanie nic wyczarować. Snajd znów ją szarpnął.
— Koniec blasku!
Biegli dalej. Snajd ciągnął dziewczynę z całej siły w kierunku węższej części jaskini. Srokogłaz znów przyleciał i zbierał się do ataku.
— Evve, za chwilę jest przepaść!
— Nie umiem teraz!
— Albo to nas zje… albo spadamy…
Evve ledwo mogąc wziąć oddech, zebrała całe swoje skupienie, i między jednym szarpnięciem a drugim wyszeptała: feene-nestra.
Powietrze nad przepaścią zawirowało i rozświetliło się, ukazując łąkę.
— Dalej nie można było?!
Srokogłaz nagle wyprzedził Evve i rzucił się na Snajda. Chłopak walczył jedną ręką i drugą szarpnął Evve.
— Nie! — krzyknęła histerycznie Evve, ale byli już w powietrzu.
Chwilę później oboje uderzyli w wilgotną ziemię. Oślepiony srokogłaz warknął i odleciał przez portal w stronę jaskini. Magiczne przejście zniknęło.
Snajd poczuł lepką ziemię na swojej twarzy. Podniósł i odwrócił głowę. Evve leżała obok, próbując złapać oddech.
Uśmiechnęła się.
— Jesteś głupi!
Snajd chwycił ją za rękę.
— Jak najbardziej — odrzekł, starając się zrobić gniewną minę.
— Zawsze zdradza cię kącik ust, gdy starasz się nie uśmiechać
Snajd wybuchnął śmiechem.
— Tylko przy tobie, przy normalnych ludziach jestem groźny niczym głodny olbrzym!
— Czemu, po prostu, nie walczysz od razu z tymi potworami?
Snajd zastanowił się.
— Chyba, mimo wszystko, je lubię.
Evve syknęła z bólu i chwyciła się za kolano.
— Ładnie uderzyłaś — skomentował Snajd, patrząc na obite kolano. — Pomogę ci wstać. W domu mam kryształ leczący, nie zostanie ani śladu.
— I nie zabrałeś go ze sobą?!
— Po co, żeby go zgubić? Wiesz jakie są drogie? — odrzekł Snajd, podnosząc Evve i opierając ją na ramieniu.
Evve była wysoką, szczupłą, blondynką o długich włosach. Miała na sobie śliczną, zieloną sukienkę, która sięgała jej do kolan. Na szyi błyszczała się drobna kropla kryształu melisy.
Snajd był jej całkowitym przeciwieństwem. Miał czarne włosy i był dodatkowo niski oraz silny. W jasnobrązowej koszuli i spodniach na szelkach, wydawał się być bardziej jej młodszym kuzynem.
Szli powoli. Portal przeniósł ich w pobliże jeszcze niedokończonego domu. Jego białe ściany dobrze komponowały się ze słomianym dachem i oplatającą go zewsząd roślinnością. Dach z prawej strony wychodził poza ściany znacząco dalej, opierając się o dwa skręcone drzewa, tworząc nieco przypadkowy taras.
— Mówiłam już, że tworzycie mocno patologiczny związek? — zagadnął głos.
Snajd nie musiał patrzeć, by wiedzieć, kto kryje się w cieniu dachu.
— Irif, jak miło cię widzieć — wysapał Snajd, pomagając Evve usiąść na pniu mocno wygiętego drzewa. — Jak zawsze uśmiechnięta i ani kapki pomocy.
Irif miała na sobie tylko top i krótką spódniczkę.
— Jak sam ciągasz narzeczoną po jaskiniach, to sam o nią dbaj — odrzekła Irif, uśmiechając się. — O mnie byś nie musiał — dodała, podciągając brzeg spódniczki, by pokazać ukryty na udzie nóż, lecz Snajd nie zareagował.
Chłopak kucnął przy mocno opuchniętym kolanie Evve.
— Ciężkie obicie, ale okład z ziół i kryształ leczniczy załatwią sprawę.
Evve starała się uśmiechnąć, ale na miejsce adrenaliny coraz bardziej wkradał się niepojęty ból.
— Zaraz wracam — zapewnił Snajd i podszedł do półokrągłych drzwi, również schowanych pod dachem. Mocnym pchnięciem barku otworzył je. W środku, po lewej, były sznurkowe drzwi do sypialni, natomiast po prawej, całą resztę domu zajmował salon, będący jednocześnie kuchnią.
Snajd szybko przeszedł do kolejnych drzwi, umieszczonych w części kuchennej na przeciwległej ścianie, i wszedł do maleńkiego ogrodu. Podszedł do wielkiego głazu, i za pomocą ukrytego mechanizmu, otworzył tą zamaskowaną skrzynię. Na jej dnie odnalazł owalny, jasnobłękitny kryształ z białymi skazami rozsianymi niczym pajęczyna.
Gdy wrócił do Evve, dziewczyna wyglądała znacznie gorzej. Irif starała się ją pocieszyć.
— O, jest twój rycerz z kamieniem. Chcesz ją dobić?
Snajd tylko na nią spojrzał wymownie i uniósł kamień na chwilę w światło słoneczne, po czym przyłożył kryształ do kolana Evve. Z kryształu ulotniła się świecąca mgiełka. Po chwili kolano wyglądało jak nowe.
— Myślałam, że z tymi kryształami to tylko się tak przechwalasz. — Evve sprawdziła dokładnie swoje kolano.
Irif, aż podskoczyła z radości.
— To idealna okazja, żeby się napić wina z mlecza!
— Jak ty to robisz, że zawsze znajdujesz okazję, jak do mnie przychodzisz? — Snajd również odetchnął z ulgą.
— Urodę i mocną głowę mam po mamie, wymówki to największa moc otrzymana po tacie.
— A po ojcu, nie masz przypadkiem wielkiego majątku i talentów magicznych? — spytała Evve, zeskakując z pnia i chwytając Snajda za rękę.
— A ty Evve, masz po rodzicach dar znajdowania dobrych przyjaciół — odparła Irif, wymijająco uśmiechając się.
— Och, ty i twój uśmiech. — Evve uniosła teatralnie oczy do góry. — Przestań, i tak wiem swoje. Jesteś ro…
— Spuszczoną i nie doceniam tego, co mam — dokończyła Irif. — To też, mam po tacie.
— Dobrze, może coś się jeszcze znajdzie — wtrącił Snajd.
— Wiedziałam! — Irif, aż podskoczyła z radości.
*
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, oblewając coraz bardziej świat pomarańczem i czerwienią. Evve, Snajd i Irif znajdowali się w ogrodzie ogrodzonym niewielkim kamienistym murkiem.
— Snajd, już czas. — Evve szepnęła do Snajda, gdy Irif usnęła w hamaku zawieszonym w pobliżu. Spojrzała wymownie w kierunku zachodnim — poza ogród.
Snajd chwycił ją za rękę i uśmiechnął się. Z kieszeni wciągnął błyszczący złotem kryształ. Evve sięgnęła po małe zawiniątko ukryte obok w dziupli drzewa. Wstali od stołu, i trzymając się za ręce, wyszli na łąkę przez małą drewnianą bramkę. Trawy były tu niskie, nie sięgały wyżej niż do kolan.
Chwilę później Evve dała znak, że mogą się zatrzymać.
— Jesteś pewna? — zagadnął uradowany Snajd.
— Tak, tu jest idealnie. Stąd widok jest wyjątkowy — odparła Evve. — Najlepszy.
Z tego miejsca rozpościerał się widok na całą zieloną dolinę, zamkniętą po prawej i lewej łagodnymi wzgórzami, które czym bliżej domu, stawały się bardziej skaliste. Dom i łąka znajdowały się na wysoko położonej nad doliną skarpie, przypominającej zawieszoną w powietrzu półkę z ziemi.
Oboje pochylili się i gołymi rękami wykopali niewielką dziurę w ziemi. Snajd włożył do niej swój kryształ. Evve ze swojego zawiniątka wyciągnęła niewielkie błękitne nasionko. Spojrzała jeszcze przez chwilę na Snajda i położyła nasienie tuż obok kryształu.
Kryształ rozbłysł ciepłym światłem, a nasionko pękło na pół. Z nasiona wyskoczył biały korzeń, wbijający się prędko w ziemię, a potem łodyga. Roślina szybko obwinęła pnączami kryształ, po czym łodyga wyskoczyła wysoko w górę, tworząc cienki pień i gałęzie; jednocześnie żarząc się błękitnym światłem.
Snajd chwycił Evve znów za rękę.
— Cudowne! — zachwycała się dziewczyna wpatrzona w ten, faktycznie, wielki cud.
Sadzonka nabierała na sile, szybko przyrastając i pnąc się w górę. Na białej delikatnej korze pojawiły się błękitne krople, mieniące się niczym diamenty. Gałęzie zagęściły się. Sadzonka zamieniła się w drzewo, by na końcu wybuchnąć obfitością złotych liści.
— Witaj Melchiorze! — wyszeptała Evve.
Snajd spojrzał na nią zaskoczony.
— Już wybrałaś mu imię?
— Samo tak… do mnie przyszło. Widziałeś jak zaszumiał zadowolony?
— Nie… ale na pewno zobaczę za chwilę — odparł Snajd. — Witaj Melchiorze!
*
Irif wybudziło nagłe i nieprzyjemne spotkanie z ziemią.
— Dzień dobry kochana! Miło, że wreszcie wstałaś — stwierdziła przyjaźnie Evve. — Może soku z malin na twoją mocarną głowę?
— Jesteś dziwnie przyjazna Evve — stwierdziła Irif, chwytając się za głowę. — Snajd, czy to na pewno było wino z mlecza?
Snajd spojrzał wymownie na Evve.
— Wydaje mi się, że była to ulepszona wersja — odrzekła dyplomatycznie Evve.
— Jak bardzo? — spytała Irif, podnosząc się z ziemi i walcząc z natarczywym hamakiem.
— Powiedzmy, że wino wyskoczyło na wyższy poziom wtajemniczenia. — Snajd próbował dobrać ostrożnie słowa.
Irif doczłapała do drewnianej ławy, siadła obok Evve i położyła głowę na stole, zasłaniając twarz rękami.
— Nienawidzę was.
— My ciebie też. — Evve podała jej szklankę wody z wielkimi malinami w środku. — Masz pij, szybko wrócisz na nogi.
Irif podniosła z wysiłkiem głowę nad stół i wypiła kilka łyków. Snajd nie przestawał jeść pieczonych warzyw.
— Myhm, jakie pyszne śniadanko — wymamrotała Irif.
— Dziękuję, faktycznie znakomite.
— Chyba się porzygam.
Gdy Irif znów próbowała wziąć kolejny łyk z pozycji leżącej na stole, rozległo się pukanie do drzwi.
— Kto do licha, tak mnie nienawidzi? – Irif zatkała sobie uszy.
— Sprawdzę, kto to — zakomunikowała Evve wstając.
Snajd miał pełne usta jedzenia, więc się nie sprzeciwiał. Kilka chwil później, do ogrodu weszła Evve, a za nią wysoki chłopak w czerwonym lekkim płaszczu i niebieskich krótkich włosach.
— Zgadnij, kto przyszedł — zagadnęła Evve.
— Jeśli to nie Pior, to słońce dzisiaj nie zajdzie — odrzekł Snajd, witając kolejnego gościa.
Chłopak spojrzał w ziemię nieco zmieszany.
— Siadaj z nami — zaprosiła gościa Evve. — Siadaj koło Snajda.
— Dziękuję, postoję — odrzekł Pior, składając nerwowo ręce.
— Akurat gościmy u nas Irif! — Snajd bawił się doskonale. — Może przywitasz się z naszym gościem złotko?
Irif odwróciła głowę i chowała się za rękami.
— Nie ma mnie — mamrotała spomiędzy palców.
— Naprawdę? — zdziwiła się Evve.
— Katego…ry..cznie mnie… nie ma.
Snajd starał się zrobić zakłopotaną minę.
— Jak widzisz Pior, Irif jest w tej chwili nieobecna.
— To może przyjdę innym razem — rzucił Pior.
Ukłonił się i odwrócił się do drzwi.
— Tak, po nic do nas przybiegłeś? — zapytała Evve.
Chłopak zatrzymał się w drzwiach.
— A no tak, Presja — wymamrotał Pior. — Znów problemy w Presji. Potrzebują Cię Evve.
Snajd głośno upuścił nóż na talerz.
— Na jak długo? — spytała Evve.
— Może kilka dni albo kilka tygodni. Sama wiesz.
Evve spojrzała z bólem na Snajda.
— Idź — rzekł Snajd, rzucając głośno widelec na talerz i odchodząc od stołu.
— Snajd!
Evve podążyła za nim pod świetliste drzewo. Snajd patrzył w dolinę, starając się znów nie denerwować na sytuację.
— To tylko kilka dni, znasz mnie, jestem dobra — zagaiła Evve.
Snajd spojrzał na nią przez ramię.
— Byliśmy razem tylko kilka dni. Znów uciekasz.
— Ale wrócę szybko. Obiecuję — Evve chwyciła go za ramię. — No już, uśmiechnij się.
Snajd lekko się uśmiechnął.
— A mnie kiedyś weźmiesz ze sobą, do jednego ze światów?
— Nawet do kilku, na pewno Ci się spodobają — rzekła Evve przytulając się. — Razem będziemy odkrywać świat.
Przywoływacz
Srokogłaz charczał od kilku minut, próbując bronić gniazda w nierównej walce. Płomienie parzyły jego błoniastą skórę i skrzydła. Wrzeszczał i spazmował, mimo to postać w ciemnym płaszczu nie wstrzymywała żaru płynącego z kryształu w jej ręce. Kryształ jarzył się mocnym, krwistym światłem i smagał ściany jaskini językami ognia.
— Magnus — wyszeptała postać w starożytnym języku elfów.
Kryształ niemal eksplodował żarem i ogniem. Tortury trwały. Zwierzę nie cofało się. Jego skóra pękała i czerniała. Kilka chwil później, z wielkim krzykiem, zwierz padł nieprzytomny.
Postać w płaszczu wyjęła zza pasa nóż i dobiła zwierzę. Następnie rozpruła jego wnętrzności i wyciągnęła drobny, mieniący się, zielono-niebieski kryształ.
— Nareszcie! — wyszeptał do siebie mężczyzna.
Kilkanaście minut później mężczyzna wyczołgał się z wąskiej jaskini i stanął na dnie doliny. Za jego plecami słońce kryło się ku zachodowi, oświetlając dolinę przez niewielką szparę między chmurami. Padał zimny, wczesnowiosenny deszcz.
Przed nim rozpościerała się dolina pełna smutnych bezlistnych drzew. Na samym jej końcu, na ziemistej półce, świecił się odbitym światłem mały biały domek. Mężczyzna ruszył w jego kierunku, z każdym krokiem depcząc szemrzące mokre liście.
Gdy słońce skryło się za horyzontem, mężczyzna dotarł pod ziemistą półkę, z której zwisały brązowe korzenie. Mimo coraz mocniejszej szarówki, odnalazł ukrytą, zwisającą drabinę, złożoną z grubego sznura i różnych gałęzi, tworzących kolejne stopnie.
Wspinaczka zajęła mu tylko kilka minut. Zwinnie wyskoczył przez ukryty w ziemi otwór i stanął przed białym domkiem. Pilnie rozejrzał się po okolicy, po czym wciągnął drabinę na górę.
Wreszcie mógł odetchnąć. To miejsce zawsze napełniało go spokojem. Nie wiedział, czy to specyfika miejsca, czy czar wspomnień.
— „Czas wyciąć wreszcie te drzewa” — pomyślał jednak z goryczą, przyglądając się domowi i dwóm drzewom rosnącym tuż obok, które niemalże zasłaniały już cały dach. — „Koniecznie”.
Dom był prostokątnej konstrukcji. Snajd znajdował się u jego krótszej ściany. Przy dłuższych ścianach wybudowano dwie przybudówki na bazie kwadratu. Większa, bardziej z tyłu, po lewej; a mniejsza, przy której rosły drzewa, po prawej stronie.
Do prawej przybudówki prowadziły małe, brązowe drzwi obrośnięte bluszczem. Mężczyzna otworzył je delikatnie, i po cichu wszedł do środka. W warsztacie panował idealny porządek.
— Tato, wróciłeś? — dobiegł głos, z drugiej strony domu.
Mężczyzna westchnął, zdjął ubłocone buty i po drewnianej podłodze przeszedł do części głównej. Po lewej były drzwi do sypialni, a po prawej rozpościerał się piękny salon, zdobiony futrami, drewnem i kryształami. Na końcu salonu była kuchnia z kominkiem z błyszczącego kruszcu, umieszczonym na krótkiej ścianie. Tuż przed kuchnią, na przeciwległej ścianie, były drzwi. Mężczyzna poszedł do nich i je lekko uchylił.
— Nie jesteś zbyt zmęczona? — wyszeptał.
— Nie rozpadnę się przez odrobinę rozmowy — dobiegł głos. — Ciągle cię nie ma, a Borys jest taki nudny.
— Dobrze, nie narzekaj już. — Mężczyzna wszedł do środka i spojrzał na córkę, leżącą na łóżku po lewej stronie pokoju. Była drobna, miała biało-fioletowe włosy i zabójczo piękne oczy, podkreślające urok jej twarzy. Przykryta kocem, patrzyła na tatę z miną łobuza.
— Mówiłem, żebyś nie chodziła po ogrodzie.
— Nie chodziłam — odparła dwunastolatka.
Na twarzy mężczyzny pojawił się grymas niezadowolenia.
— Naprawdę — dodała dziewczynka.
— A ten kłos, to sam Ci wszedł we włosy?
Dziewczynka natychmiast chwyciła się za włosy.
— Borys, ty oszuście — dziewczynka złapała i rzuciła kłos w kąt.
Mężczyzna przechylił głowę. Córka uciekła wzrokiem w kąt.
— Przepraszam, tato.
— Nie przepraszaj, już niedługo, może nie będzie miało to już znaczenia — westchnął i usiadł w rogu łóżka. — Pokaż.
Dziewczynka odchyliła koc. Część ciała, po lewej stronie, rozpadała się powoli w czarny, magiczny pył. Było to pole walki ciała tworzącego z uporem kolejne nowe tkanki, żyły i błony z czarną mocą, która, jak żar ognia, powoli spalała i odrywała kolejne fragmenty, które niczym popiół unosiły się w powietrze.
— I jak?
— Nie jest źle. — Mężczyzna uśmiechnął się, po czym wstał i pogładził dziewczynkę po twarzy.
— Znowu znikasz? — spytała.
— Wiem, że tego nie lubisz, ale to już być może ostatni raz.
Dziewczynka chwyciła go za dłoń.
— A potem wreszcie mnie przytulisz?
— Z pewnością — odrzekł i dorzucił kilka kryształów do magicznego paleniska na przeciwległej ścianie. — Gdybym nie wrócił do jutra, wiesz co robić?
Dziewczynka kiwnęła głową.
— Powiedz — poprosił tata.
— Dać sygnał Brutusowi — powiedziała niezadowolona dziewczynka.
Mężczyzna kiwnął głową, po czym wyszedł.
— Tylko nie rób, żadnych głupot Snajd! — zawołała córka.
Snajd stanął w drzwiach zaskoczony. Córka spojrzała na niego również zdziwiona.
— Mama zawsze mówiła tak, gdy chciałeś coś zrobić odkrywczego i zawsze wtedy ci się udawało.
— Dziękuję — odrzekł Snajd. Uśmiechnął się, po czym wrócił do warsztatu. Tam ze skrytki w jednym z pni, który przebił dziurę w ścianie, wyciągnął wisiorek na złotym łańcuszku. Wisiorek miał kształt serca i błyszczał się delikatnie.
Snajd schował go do kieszeni płaszcza, ubrał buty i wyszedł na zewnątrz.
Skierował się w prawo. Okrążając cały dom podszedł pod wielkie drzewo migające słabo błękitnym światłem. Spod jego korzeni wyciągnął, mały czarny woreczek.
— Dzięki Melchiorze, wspaniały z Ciebie strażnik. — Snajd poklepał drzewo po korze i poszedł dalej w kierunku tyłu domu. Drzewo odpowiedziało lekkim szumem.
Za domem, od północy, wzgórze wznosiło się znów bardziej stromo. Rosły tu gęste sczerniałe krzewy o dużych liściach. Snajd wszedł w sam środek, by dostać się do swojej pieczary.
Była to jama, jedno wielkie pomieszczenie, wykopane w ścianie wzgórza. Na samym jej środku stała okrągła, kamienna rama. W jej częściach znajdowały się kolejne kryształy. Na samym szczycie kręgu, w największym kamieniu, miejsce było puste.
Po prawej stał niewielki stolik. Snajd wysypał na niego zawartość czarnego woreczka. Drobne, stalowe kryształy z brzękiem wysypały się na powyginane drewno. Było ich pięć. Snajd wziął po kolei każdy kryształ do ręki i z jego pomocą stworzył kilka pól obronnych wokół kamiennego koła. Zużyty kryształ zamieniał się w pył.
— Mieazga — rzekł Snajd.
Pola obronne połączyły się w jedną wielokolorową kulę. Snajd założył wisiorek na szyję i z kieszeni płaszcza wyciągnął zielono błękitny kryształ.
Myśl uderzyła go z zaskoczenia. Nie wiedział, skąd nagle się wzięła. Teraz, gdy już wszystko było gotowe, po tych wielu latach udawania przed córką, że nie martwi się tak bardzo jak w rzeczywistości, poszukiwań kryształów i tłumienia swoich wyrzutów sumienia, naprawdę się bał. Co zrobi, gdy jego plan zawiedzie? Kim będzie, bez tej ostatniej iskry nadziei?
Szanse, że zgnije w zwykłym więzieniu były marne. Raczej ześlą go w jeden z piekielnych światów. Co jednak stanie się wtedy z Graszką? Czy, może ryzykować również jej życiem? Co pomyślałaby Evve?
Evve tutaj nie ma.
Snajd chwycił mocno kryształ i przeszedł przez pole obronne. Podszedł do okręgu i w ostatnie, puste miejsce na szczycie wsadził kryształ. Przestrzeń w okręgu zafalowała niczym gorące powietrze, po czym zamieniła się w wirującą szarość. Odszedł na kilka kroków.
Usłyszał w swojej głowie setki wzywających szeptów. Wiedział, że tak będzie. Zebrał swoje myśli i sam zaczął szeptać jedno słowo: humma.
Całą swoją wolą opierał się szeptom, i tym głośniej wymawiał swoje słowo. Chwycił lewą ręką wisiorek. Tracił jednak kontrolę nad swoim ciałem. Nogi same wykonywały niewielkie kroczki w kierunku szarości, a za nimi podążały biodra i prawy bark.
Wygięty, spocony z wysiłku Snajd powoli tracił zmysły. Stracił panowanie nad rękami. Rzucił się w kierunku portalu, lecz w ostatniej chwili wsparł się rękami o ramę.
— Humma! — wykrzyknął, a jego słowo zamieniło się w świecącą drobinkę, która pofrunęła w kierunku portalu. Szara tafla stała się błękitna i zaczęła wyrzucać jasne i zielone błyskawice.
Nieznana siła odrzuciła Snajda poza pole obronne. Stracił przytomność.
Nie wiedział ile czasu upłynęło od wybuchu mocy, kiedy się przebudził. Snajd zamarł, gdy jeszcze na krawędzi przytomności poczuł uderzającą w pomieszczeniu moc. Kroki. Obrócił głowę. Magiczne pole obronne ledwo wytrzymywało pod naporem nieznanej, wielkiej siły. Osłona drżała pod kolejnymi wybuchami, a na jej tafli ukazywały się kolejne magiczne pęknięcia.
Snajd zerwał się na nogi. Ktoś tam był, lecz przez mieniące się kolory nie mógł dojrzeć. Ktoś potężny. Ktoś miotający silne zaklęcia.
Głośny huk eksplozji paraliżował jego myśli. Jak brzmiało to słowo? Jak to brzmiało? Usilnie szukał w głowie, lecz bliskość śmierci zabrała wszystko w czarną pustkę.
Pole obronne rozpadło się z hukiem.
Snajd upadł i wbił wzrok w ziemię, czekając na śmierć. W uszach dzwoniło. Plan, jednak się nie udał.
— Paaa… — szeptał przerażony Snajd.
Usłyszał wściekłe kroki. Potem potok magicznych zaklęć, które uderzały jak bicz, prawie łamiąc mu kości. Zakrył twarz, konając z bólu. Rozpłakał się. Porażka bolała najbardziej.
Ktoś odszedł na kilka kroków. Snajd czekał. Po chwili znów usłyszał kroki, po czym ktoś mocno trącił go w ramię, a nieznana siła poderwała go na nogi.
— Pax — wyskomlał Snajd, gdy zobaczył przed sobą wściekłą twarz.
Przed nim stał człowiek. Czerwony z wściekłości. Długie czarne rozwichrzone włosy wskazywały, że to była ona.
— Pax — wyszeptał Snajd.
Odkrzyknęła coś wściekle.
Snajd nie zrozumiał ani słowa. Z mowy ludzi znał tylko pax – pokój. Ukłonił się nisko, aż krew z nosa zaczęła kapać na podłogę.
Kobieta rzuciła zaklęcie.
Silny błysk światła odrzucił Snajda w tył. Gdy ogłuszony leżał na twardej posadzce, usłyszał jak kobieta wychodzi z jamy.
Plan tego nie przewidywał. Musiał ją zatrzymać.
Snajd poczuł na twarzy mocne uderzenie zimnego powietrza, gdy wyszedł ze swojej jamy. Starał się zebrać myśli. Noc była zimna, gwiaździsta, a księżyc z przybierającym sierpem wznosił się nad horyzont. Ciemne chmury kłębiły się jednak w oddali, by pochłonąć jego światło. Snajd kątem oka dojrzał ruch po lewej stronie. Ruszył.
Kilka chwil później był przy wąskiej skalistej szczelinie, która przecinała wzgórze na całej szerokości i biegła z południa na północ. Snajd znał tą ścieżkę na pamięć, więc poruszał się szybko doganiając powoli kobietę przed nim.
Krzyknęła coś w języku ludzi, a nieznana mu siła odepchnęła go nieco. Przywarł do ściany i poczekał, aż kobieta wyjdzie ze szczeliny, po czym znów ruszył w pościg. Przy wylocie nie musiał dużo szukać. Dla nieznających terenu, był to ślepy zaułek. Po prawej niewielka skalista półka a po lewej ścieżka nad przepaścią prowadząca pod nawis twardej ziemi. Tam zobaczył rozbłysk.
Przywarł do ściany, jednak kobieta musiała go zobaczyć, bo znów rzuciła w niego światła i uderzenia mocy. Czekał cierpliwie, mocno trzymając się ściany.
Kobieta wrzeszczała, kopiąc i uderzając w ściany. Chwilę później usiadła na kamieniu i rozpłakała się. Po jakimś czasie płacz zamienił się w wycie. Krople mżawki powoli uderzały w skały, by po chwili zamienić się w deszcz. Snajd wycofał się.
Ona
Ulewa całkowicie zmieniła aurę na zewnątrz, a po przeżyciach dzisiejszego dnia, Snajd nie miał ochoty wychodzić ze swojego domu. Musiał jednak to zrobić. Mimo całkowitego upadku jego planu i gnębiących go wyrzutów, miał tą małą cząstkę nadziei, że jeszcze może się udać. Uzbrojony w torbę, koc i ciastka, które podebrał z puszki córki oraz parasol wykonany z wielkiego okrągłego liścia z łodygą na środku, wyszedł w noc.
Jego nogi lekko już drgały ze zmęczenia, gdy dotarł znów na koniec szczeliny. Z mocnym biciem serca zauważył, że wszystko zniknęło. Nie było płaczu, ani rozbłysków. Przez chwilę zastanowił się, czy to jednak nie był sen. Czy mógł to wszystko sobie wymyślić?
Cichy jęk rozwiał jego wątpliwości. Była tam. Podszedł powoli i stanął tuż przy krawędzi nawisu skalnego, który chronił resztę ścieżki przed deszczem. Chmury zasłoniły niebo. Snajd prawie nic nie widział, lecz słyszał kobietę wyraźnie: jej zmęczony oddech, jej katar.
Snajd przełożył koc przez lewą rękę, w której trzymał puszkę ciastek i prawą ręką wyciągnął z torby kryształ.
Kobieta wyszeptała pytanie. Nie rozumiał, lecz ten kryształ mógł to ułatwić. Snajd potarł go i kryształ rozjarzył się czerwonym blaskiem.
— Minnimmus — wyszeptał Snajd, i kryształ dodatkowo uderzył falą przyjemnego ciepła. Kobieta klęczała, chowając twarz w nogach i trzymając ręce we włosach.
Podniosła powoli głowę i spojrzała na kryształ.
— Koc? — zapytał Snajd, pokazując materiał na swoim przedramieniu.
Kiwnęła głową.
Snajd odłożył kryształ na ziemię i najostrożniej podał koc kobiecie, która szybko się nim owinęła. Snajd pokazał również na puszkę ciastek.
Na twarzy kobiety, pojawił się grymas.
— Ciastka — rzekł powoli Snajd, wyciągając jedno i zjadając z przesadnie zadowoloną miną.
Kobieta nie była przekonana.
— To, ja je tutaj zostawię — poinformował Snajd, kładąc puszkę obok kryształu. — Korzystaj ile chcesz.
Kobieta kiwnęła głową.
Po chwili powiedziała coś. Snajd dałby głowę, że było to pytanie. Powtórzyła je kilka razy, ale on nic nie rozumiał. Poddała się.
Zimny wiatr zawiał w ich stronę. Kobieta skuliła się jeszcze bardziej. Snajd wyciągnął ze swojej torby drugi czerwony kryształ, tylko o wiele mniejszy od poprzedniego. Potarł go, rzekł znów magiczne słowo i podał kobiecie.
Z dużą ostrożnością wzięła go do ręki. Był miło ciepły, więc nagrodziła go lekkim uśmiechem.
— Uleczysz moją córkę? — wypalił Snajd. Sam nie wiedział, dlaczego nagle to powiedział. Może ten uśmiech był zbyt wielką dawką nadziei.
Kobieta pokręciła głową.
— Ona mnie nie rozumie! — pomyślał Snajd z przerażeniem.
Kobieta coś powiedziała, ale chyba znaczyło to właśnie to samo.
— Heliare? — dopytywał Snajd — Heliare?
Patrzyła się tylko na niego pytająco.
— Wielki Chwast, by to zjadł! — zaklął Snajd i schował twarz w dłoniach.
Nie wiedział, jak to się stało, lecz gdy odsłonił twarz, był już ranek. Leżał na półce skalnej, tam gdzie usiadł poprzedniego wieczoru. Rozejrzał się przerażony. Na szczęście była obok. Spała pod kocem wtulona w skałę.
Snajd powoli wstał, starając się jej nie obudzić. Kryształy jeszcze grzały. Wyciągnął z torby jeszcze małą manierkę z wodą i położył obok puszki ciastek. Powoli zaczął się wycofywać, w stronę szczeliny, gdy koc kobiety zsunął się z niej znacząco.
Nie mógł jej tak zostawić. Mogła się jeszcze obudzić. Wściekły na sytuację wrócił pod nawis ziemi i powoli starał się zbliżyć do kobiety, by poprawić koc. Dopiero wtedy zauważył, jak była młoda. Dużo starsza od jego córki, ale dużo młodsza od niego. Miała na sobie tylko czarne wysokie buty z obcasem, srebrną spódniczkę i obcisły czarny sweter.
Snajd poprawił delikatnie koc, po czym cicho odszedł. Gdy wyszedł ze szczeliny zablokował przejście skalnym okręgiem, który trzymał w przypadku ataku. Dziewczyna nie mogła już uciec.
Włam
Snajd spoglądał w kierunku Rzenia, miasteczka magów, położonego w szerokiej dolinie. Nad miastem górowała olbrzymia skała o ostrych krawędziach. Przypominała stożek wbity czubkiem w ziemię, na którego podstawie zbudowano Akademię Wiedzy. Budynek powstał na bazie okręgu. Chroniło go osiem, harmonijnie ułożonych po okręgu wież. Na centralnej bryle budynku stał potężny pomnik człowieka, który pilnie wpatrywał się w księgę, mając pod stopą najwyższą część budynku.
Zawsze mam wrażenie, że on nic nie rozumie, pomyślał Snajd, patrząc w kierunku posągu.
Do miasteczka dotarł kilkanaście minut później. Miał na sobie swój czarny płaszcz i plecak. Nie był zdenerwowany. To, co zamierzał zrobić, przypominało jego poszukiwania w jaskiniach, tylko tym razem zabezpieczenia były mocniejsze. Jeśli ktoś go zauważy, może będzie go musiał nawet zabić. Aby uzdrowić córkę potrafił być jednak bezwzględny
By dostać się do Akademii, stworzono wysoki nasyp ziemi i bramę pilnującą wejścia na długi, kamienny most. Brama była otwarta. Wyglądała, jakby stworzono ją z bezładnie ułożonych kamieni, do których doczepiono żelazne wrota. Snajd bez trudu pokonał nasyp, lecz gdy chciał przejść przez bramę, niewidzialna siła powstrzymała go.
Mruknął znudzony.
Po co im zabezpieczenia przeciw ludziom, niemagicznym, gdy można je łatwo obejść, pomyślał. Wyciągnął z plecaka dwa sztylety stworzone z białych kryształów i wbił je w osłonę, wycinając w niej magiczne przejście.
Schował sztylety. Szybko przeszedł przez most, znikając w kolejnej bramie i wychodząc na niewielki plac. Na szczęście nie musiał iść do głównego budynku. Po prawej i lewej stało kilka, mniejszych zabudowań o skośnych dachach z czerwonej dachówki. Snajd wszedł do drugiego budynku po prawej, znów łamiąc magiczne zabezpieczenia.
— Gdzie jesteś Mys? — wyszeptał do siebie Snajd rozglądając się. Za plecami miał drzwi. Stał pośrodku jednego wielkiego pomieszczenia, które wypełniono regałami, tak wysokimi, że trudno było zobaczyć szczyt. Na półkach w magicznych kulach znajdowały się rzadkie magiczne przedmioty. Naprzeciwko stało biurko, za którym nikt nie siedział w tej chwili.
Przez chwilę nasłuchiwał. Nic, cisza. Prędko ruszył pomiędzy półki, starając się odnaleźć miejsce, w którym był tylko raz — i to wiele lat temu. Było to o tyle trudne, że musiał pośród półek odnaleźć portal, których były tu setki. Z plecaka wyciągnął czarny kryształ wzmacniający zmysły i przyłożył na chwilę do czoła.
W jego pamięci tlił się jeden obrazek. Ożywionej mikrorzeźby o postaci niebieskiego skowronka.
Odnalazł dział ptaków oraz kryształów, ale bez rezultatu. Potarł czarny kryształ i skupił się tylko na kolorze niebieskim. Pozostałe barwy wyblakły i niebieskie elementy wyskoczyły na pierwszy plan. Wtedy też, przypomniał sobie, że eksponaty dodawano od lewej do prawej. Kiedy sam przyniósł eksponat, było to prawie na początku Archiwum Rzadkich Magicznych Przedmiotów. Spojrzał gdzie jest wejście i odbił w lewo.
Kilka minut marszu później odnalazł go. Kryształowy ptaszek zamachał skrzydełkami na powitanie. Obok był portal, którego szukał. Świetlisty krąg wirował cicho, ukazując pomieszczenie ukryte w innym świecie. Snajd dotknął jego powierzchni, lecz spod jego palców wyskoczyły iskry. Trzeba powiedzieć hasło.
Na szczęście Snajd znał dobrze człowieka, który ustalił hasło. Był on nią sam.
— Graszka — wyszeptał.
Portal rozbłysnął.
Snajd rozejrzał się znów i wszedł do środka.
Po środku komnaty z granitowego kamienia stał niski biały filar. Na jego szczycie magicznie lewitował trójkolorowy, owalny kamień. Czerwony, żółty i niebieski zlewały się ze sobą, tworząc pośrodku tęczę kolorów.
Snajd wziął go do ręki.
— Jednak wszedłeś? — odezwał się głos za jego plecami.
Snajd drgnął zaskoczony.
— Witaj, Mys — rzekł, odwracając się. — Macie tak fatalne zabezpieczenia, że niemal ich nie zauważyłem.
Przed nim stała Mys. Mag Pamięci. Starsza kobieta o siwych, związanych w kok włosach. Miała zawsze to pozytywne spojrzenie.
— Jak czuje się Graszka?
— Coraz gorzej — odparł Snajd. — Potrzebuję jeszcze trochę magmonet, by wezwać kolejnego maga życia, tym razem z Pik.
Kobieta kiwnęła głową.
— Rozumiem, ale nie możesz sprzedać lingvokryształu. Należy już do Archiwum.
Snajd uśmiechnął się i uniósł kryształ do góry. Podszedł do Mys.
— Tak, wiem, ale każdy kryształ ma swój korzeń, który powstaje w specyficznych warunkach. Chciałem go zobaczyć, by znaleźć drugi taki kryształ.
— Ciężko znaleźć te kryształy, szkoda twojego czasu — odparła Mys, machając ręką.
— Wiem, ale warto spróbować. Za ten dostałem sporo — odparł Snajd i przyjrzał się kryształowi. — O tu, widzisz?
Snajd obrócił i zbliżył kamień, tak by Mys mogła zobaczyć lepiej.
— Znalazłem go przy magicznych wodospadach, tam gdzie często załamuje się światło na bazie kryształu wody i powietrza i tam go szukałem, ale jak widzisz, to nie wszystko.
Mys zmarszczyła czoło.
— Teraz dopiero widzę jedną, maleńką rysę — ciągnął dalej Snajd. — Jest zielona i głęboka, co wskazuje, że..
— Kryształ oderwał się i został pchnięty nurtem rzeki — wtrąciła Mys.
Snajd z zadowoleniem pokiwał głową.
— Co znaczy, że muszę szukać wyżej — skomentował Snajd. — Wracamy?
— Tak, nie lubię tych trefnych komnat — odparła Mys.
Snajd wyszedł przez portal pierwszy.
— Kryształ! — zatrzymała go Mys. Snajd, aż podskoczył i odwrócił się zażenowany. Cofnął się do komnaty i portal znów zabłyszczał. Zostawił kryształ lingwistyczny na filarze. Kiedy kryształ uniósł się do góry, Snajd opuścił komnatę.
— Dziękuję za oprowadzenie po Archiwum — rzekł Snajd, gdy oboje znaleźli się przy biurku naprzeciwko wyjścia.
— Nie oprowadzałam Cię — odparła Mys z rozbawieniem przechylając głowę. — Mam bardziej wrażenie, że pilnowałam.
— Ciężko zrozumieć te wasze magiczne odczucia — Snajd uśmiechnął się, skinął głową na pożegnanie i wyszedł.
Gdy znów był na wzgórzu, a za plecami Akademia błyszczała w blasku słońca, sięgnął do rękawa i zerknął na mieniący się wieloma kolorami Kryształ Lingwistyczny. Dał radę.
Pogaduszki
Gdy Snajd wdrapał się po linie i znów zobaczył swój dom, poczuł, że coś się nie zgadza.
Powoli obszedł dom z prawej, by spojrzeć na głaz torujący przejście w skale daleko z tyłu, lecz zobaczył yylko gruz. Snajs szybko minął warsztat. W domu na ścianie po lewej ziała wielka dziura.
Serce Snajda stanęło na chwilę. Gdy zdołał złapać oddech, wbiegł do domu.
— Graszka! Graszka!
Meble w salonie były zniszczone i porozrzucane.
Głupi, pomyślał z wyrzutem Snajd.
— Graszka! — krzyknął znów, wpadając do pokoju córki. Na przeciwległej ścianie była dziura, ukazująca zaniedbany ogród. Snajd wybiegł do ogrodu, walcząc z napadem histerii.
— Snajd! — usłyszał głos córki, lecz nie mógł jej dojrzeć przez gęste wysokie kwiaty.
— Graszka!
Skąd tutaj te kwiaty, zastanawiał się Snajd. Ruszył w prawo. Walcząc z grubymi łodygami, dotarł na mały, pusty skrawek łąki. Zamarł.
Graszka trzymana za nogę, w silnym uścisku wielkiej rośliny, wisiała do góry nogami i machała rękami. Pnącze podrzucało ją w górę i w dół. Człowiek stał obok.
Snajd sięgnął po kryształowy sztylet i czerwony kryształ ognia. Spiął się, szykując się znów do walki. Tym razem, nie przegra.
— Tato! — piszczała Graszka. — Ale świetnie!
Snajd zrobił kilka kroków, i dopiero po chwili, zrozumiał co usłyszał. Graszka tak dawno się nie śmiała, że pomylił go z piskiem strachu. Spojrzał na człowieka.
Kobieta stała z założonymi rękami, a na jej twarzy, w przeciwieństwie do Graszki, wcale nie było zadowolenia — była zmęczona. Jej włosy i ubrania wskazywały jak bardzo próbowała się wydostać z pułapki, w której zamknął ją Snajd.
— Aaaa — krzyczała zadowolona Graszka. Czarny magiczny pył sypał się z jej ciała.
— Puść ją! Zabijesz ją! — wrzasnął Snajd.
Kobieta drgnęła. Spojrzała na niego z ukosa.
— Nagle umiesz rozmawiać?
— Puść ją! Ona jest chora! Uno! — Snajd rozpalił kryształ ognia.
Kobieta spojrzała w stronę rośliny.
— Uspokój się.
Roślina zamarła wypuszczając Graszkę z uścisku. Dziewczynka, również stała się apatyczna.
— Coś ty zrobiła? — Snajd podbiegł do córki. Zgasił kryształ. — Obudź ją!
Kobieta podeszła, dotknęła dziewczynki powiedziała: obudź się.
Graszka otworzyła szeroko oczy i skoczyła na równe nogi.
— Ja chcę jeszcze raz!
Snajd zmarszczył brwii.
— Nasz gość musi zregenerować siły, na pewno potem jeszcze się pobawicie.
— Tato, jeszcze chwilkę — marudziła Graszka.
— Do domu, już — odparł stanowczo Snajd.
— Jeszcze możemy się pobawić. Obudź się roślino — wtrąciła kobieta, ożywiając roślinę — Może nie umrze tak łatwo.
— Co ona mówi? Chce się bawić? — Graszka ożywiła się jeszcze bardziej. — Podrzuć mnie! — zwróciła się do człowieka.
Snajd spojrzał na kobietę miną, która mówiła: nie pomagasz.
— Graszka, zbyt dużo słońca na dziś. Pył jest zbyt mocny — zwrócił się do córki. — Chcesz się rozpaść?
Kobieta spojrzała na Snajda, po czym przecząco pokiwała głową.
Graszka zwiesiła głowę i wróciła domu, rozsiewając za sobą czarny pył.
Snajd odetchną i wstał.
— Dlaczego to robisz? — spytał z wyrzutem znów rozpalając kryształ krótkim Uno.
Kobieta uniosła brwii.
— To, że cię nie zabiłam, nie znaczy, że nie jestem na ciebie wściekła.
Snajd zgasił kryształ ognia i schował sztylet do pochwy przy pasie.
— To nie tak miało wyglądać — rzekł. — Potrzebuję tylko twoje jedno słowo i pomogę Ci wrócić. Pomożesz mi?
— Nie wiem, dlaczego miałabym ci pomagać, zniszczyłeś najlepszy moment w moim życiu — odparła kobieta i odeszła w kierunku jamy. — Pokaż mi jak mam wrócić — rozkazała, nie odwracając się.
Nieznana siła pchnęła Snajda, który po chwili wyprzedził kobietę, robiąc ścieżkę w wysokiej trawie. Siła opuściła go przed wejściem.
Snajd gorączkowo myślał co mógłby zrobić. Gdy nadeszła kobieta stanął w przejściu, wyciągnął kryształy ognia i krzyknął: Maximare!
Płomienie szybko zaczęły chwytać i przepalać pnącza, które chroniły wejście przed zawaleniem.
— Spokój! — krzyknęła kobieta, ale ognie zmniejszyły się tylko na chwilę.
— Nad tym nie zapanujesz! — krzyknął Snajd.
— Spadaj! — krzyknęła wściekle.
Snajd pchnięty silną mocą upadł na kolana.
— Ulecz moją córkę, tylko o tyle cię proszę! Wystarczy jedno słowo!
Kobieta zawahała się. Spojrzała mu w oczy. Snajd nawet nie mrugnął.
— Dobrze, pomogę — odparła w końcu.
— Obiecujesz?
Płomienie już mocno przeskakiwały z pnącza na pnącze.
— Obiecuję, że spróbuję!
Snajd kiwnął głową po czym sięgnął do plecaka po kryształ o różnych odcieniach błękitu.
— Maximare! — rzekł wyciągając kryształ w kierunku przejścia.
Wielka eksplozja wody ugasiła natychmiast płomienie.
Wymarzona chwila
Pośrodku zniszczonego salonu stała Graszka. Miała na sobie prostą, żółtą sukienkę, którą, tak jak jej lewą stronę ciała, zjadał czarny pył. Pytająco patrzyła na ojca, który wraz z kobietą stał, tam gdzie jeszcze niedawno była piękna, czysta kuchnia.
— Co mam zrobić? — spytała kobieta, odwracając się do Snajda, który stał po jej prawej.
— Powiedz do Graszki rozkaz w swoim języku, tak jak to zrobiłaś z rośliną. Ulecz się, Wyzdrowiej lub coś podobnego.
— Tato, o czym mówicie? Nie rozumiem was. — Graszka nerwowo tupała w miejscu.
— Spokojnie Graszka, to tylko chwilę.
— O co jej chodzi? — zaciekawiła się kobieta. — Boi się?
— Trochę — odparł Snajd.
— Tato!
Snajd nerwowo potarł twarz i zakrył oczy na chwilę dłońmi. Zbyt długo czekał na tą chwilę. Wystarczy słowo, by wszystko zmienić i ciągle nie może do tego dojść. Chciał krzyknąć na córkę, lecz tylko zacisnął pięść, po czym zdjął z szyi naszyjnik z kolorowym kamieniem i podał kobiecie.
— Zawieś go. Dzięki temu cię zrozumie.
Kobieta uniosła brwi.
— To kamień lingwistyczny. Dzięki niemu mnie teraz rozumiesz, gdy go założysz my zrozumiemy ciebie i każdy na świecie.
Kobieta ostrożnie przyjrzała się kamieniowi. Chwyciła za srebrny łańcuszek i przybliżyła do siebie. Ręce Snajda drżały.
— Jak masz na imię mała? — zapytała kobieta zerkając w stronę dziewczynki.
— Nie jestem mała!
Kobieta uśmiechnęła się i założyła naszyjnik.
— Świetna rzecz! — rzekła kobieta. Wreszcie wyglądała, jakby była z czegoś zadowolona.
— Możemy zaczynać? — ponaglał Snajd.
Kobieta kiwnęła głową.
— Ulecz się.
Czarny pył natychmiast oderwał się od dziewczynki, a znaczna część jej ciała odbudowywała się tworząc świeżą zdrową skórę.
Snajd otworzył szeroko usta, nie mogąc nic wypowiedzieć. Graszka podskoczyła, podbiegła z radości do kobiety.
— Dziękuję Pani bardzo — wyszeptała tuląc się do jej nóg.
Kobieta z zakłopotaniem objęła dziewczynkę.
— Mów mi Viki.
Graszka podniosła głowę i spojrzała w jej twarz. Snajd uśmiechał się szeroko, jak nigdy przez ostatnie lata. Wszystkie noce i dni spędzone w jaskiniach na poszukiwaniu kryształów, głód, walka, strach, krew to wszystko teraz przestało być ważne. Warto było, poświęcić życie, by życie Graszki nie urwało się nagle, tak jak widział to ciągle w koszmarach. Graszka rozpadała się w pył w jego rękach. Oplatała go zimna macka, aż w końcu budził się z przerażeniem, szedł znów do jaskiń i schodził coraz niżej i niżej. Mordował coraz więcej zwierząt żywiących się kryształami lub je zbierających. Ich krew mocno wgryzła się w jego skórę, pozostawiając drobne plamki. Teraz, w tej najpiękniejszej chwili dotychczasowego życia rzekł: Nie!
Viki spojrzała na niego zaskoczona. Graszka podniosła głowę. Wtedy i ona zobaczyła to co Snajd. Drobną czarną kreskę, która znów odradzała się tuż za lewym uchem i rozchodziła się w dół po szyi i po całym ciele.
— Zatrzymaj się — rozkazała natychmiast Viki. Magiczna rana zwolniła, jednakże po bliskim przyjrzeniu rozchodziła się powoli. — Chorobo zostaw dziewczynkę! Graszko wyzdrowiej!
Magia niepowstrzymanie rozchodziła się dalej. Bardzo, bardzo powoli, pojawiała się na kolejnych tkankach, aż w końcu ze świeżej, delikatnej skóry lewej ręki znów oderwała się pierwsza drobina pyłu.
— Niech to szlag trafi! — zaklęła Viki.
Moje kochanie
Snajd przy pomocy kryształu wody gasił pożar na dachu swojego domu. Graszka klęczała nad nieprzytomną Viki, którą wynieśli z domu na plac.
— Viki obudź się! Musisz zgasić pożar! Obudź się!
Płomienie szybko rozchodziły się po gałęziach pokrywających dach. Kryształ w dłoniach Snajda wysechł.
— Graszka! Podaj kolejny kryształ!
— Nie ma!
— Są z drugiej strony domu, pod kamieniem! — tłumaczył Snajd.
Graszka zawahała się. Snajd spojrzał na nią gniewnie z krawędzi dachu.
— No idź!
— Nie ma tam kryształów wody, tato. Zużyłam je i chłoną moc w studni — odparła Graszka prawie płacząc.
Snajd zbiegł po pniu krzywego drzewa i zatrzymał się przy nieprzytomnej Viki.
— Ostatnie krople — wymruczał wyciągając kryształ nad twarz Viki. — Maksimare!
Niewielki deszczyk wystarczył. Viki zamrugała oczami.
— Obudziła się! — wrzasnęła Graszka.
Na twarzy Viki pojawił się grymas. Snajd pomógł jej nieco się podnieść i oprzeć o jego kolana.
— Pani Viki, ugaś płomienie — rzekł spokojnie, lecz stanowczo.
— Zgaś się ogniu — wyszeptała Viki.
Ogień natychmiast opadł, zostawiając jedynie smużkę dymu.
— Niewiele brakło. — Snajd odsapnął. Viki powoli wstała oszołomiona. Miała teraz ranę na czole w miejscu, gdzie uderzył ją piorun.
— Co się stało?
Snajd chwycił ją mocno za bark i pomógł iść.
— Wezwałaś piorun — wyjaśnił Snajd.— Musisz dokładnie uważać, na to co mówisz dopóki tu jesteś. Inaczej będzie znów tak samo, albo jeszcze gorzej.
Powoli przeszli przez dziurę do salonu z kuchnią. Dom wyglądał nie najgorzej, jeśli odliczyć dwie dziury w ścianach i jedną osmoloną w dachu.
Graszka wyprzedziła ich i podała krzesło zmęczonej Viki.
— Dzięki — odparła kobieta.
Snajd przyjrzał się jej ranie dokładnie. Dotknął również jej czaszki, nosa i kości pod oczami.
— Jeśli nie masz alergii na pioruny, to raczej nic poważnego. Najwyżej mała blizna.
— Oby nie w kształcie błyskawicy — odparła Viki, dotykając czoła. — I kto na świecie ma alergię na pioruny? Przecież to zabija zanim dostaniesz wysypki.
Graszka podeszła i chwyciła ją lewą zdrową ręką za przedramię.
— Spróbujesz jeszcze raz?
Viki kiwnęła głową, lecz zanim zdążyła coś powiedzieć przerwał im charakterystyczny szum.
Snajd chwycił mocno Viki za ramię, podniósł i mocnym szarpnięciem zabrał do pokoju.
— Co się dzieje?! — Viki szła oszołomiona.
Snajd wyszarpnął zza łóżka Graszki worek i wcisnął w ręce kobiety.
— To wszystko co mam, ponoć złoto ma dla ludzi wielką wartość, więc mam nadzieję, że nie jest to dla ciebie rozczarowujące podziękowanie — wyszeptał szybko Snajd i wypchnął kobietę przez dziurę w ścianie, znów do ogrodu. — Idź przez łąkę w kierunku szczytu, tam łatwo znajdziesz wejście do jamy i portal. Powiedz Humane Retare, a wrócisz skąd przybyłaś — dodał, wskazując kierunek.
Viki spojrzała na niego, dalej nie wiedząc co się dzieje.
— Idź, inaczej umrzesz! — prawie krzyknął zniecierpliwiony Snajd.
Viki kiwnęła i zniknęła między kwiatami, uciekając szybko. Snajd wbiegł do salonu trzymając koc, chwycił Graszkę za rękę i wyprowadził ją z drugiej strony domu, gdzie właśnie z głośnym szumem i mocnym światłem otwierał się portal.
— Zarzuć na siebie koc, szybko! – poprosił szeptem. Dziewczynka zakryła lewą część ciała.
Magiczne przejście otwierało się kilka metrów nad ziemią, emanując błękitem. W końcu w świetlistym okręgu pojawił się obraz pokoju umieszczonego pod wodą. Po chwili wyskoczyła z niego postać. Kobieta była wysoka, miała blond włosy spięte w profesorski kucyk. Nosiła długą, jednoczęściową, błękitną szatę z guzikami po środku. Władczo patrzyła przed siebie. Portal zniknął.
— Witaj, Evve. — Snajd Kiwnął głową na powitanie, świadomie stając jak najdalej.
— Mama! — Graszka wyrwała się z ręki ojca i podbiegła do kobiety.
Evve stanowczym gestem musiała ją zatrzymać. Graszka stanęła metr przed nią z otwartymi ramionami.
— Wystarczy, kochanie — wyjaśniła Evve, kucając na wysokości twarzy dziecka. — Masz ładną sukienkę.
Graszka wciąż stała z otwartymi ramionami i patrzyła na mamę.
— Od kogo tata pożyczył? — dopytywała Evve.
— Tata ją kupił — odparła Graszka, opuszczając ręce ze zrezygnowaniem.
— Pokażesz mi, co ci tata kupił jeszcze?
Graszka zamilkła, jakby nie wiedziała co odpowiedzieć.
— Po co się pojawiłaś? — wtrącił Snajd.
Evve wstała rozglądając się.
— Z tą ruderą jest tylko coraz gorzej — skomentowała Evve, podchodząc bliżej domu i mijając Snajda z daleka. — Komu jesteś winien pieniądze?
Graszka stanęła obok ojca. Snajd przekrzywił głowę, jakby nie wiedział, czy dobrze usłyszał.
— Nic nikomu nie jestem winien.
— A te wyłomy i pożar to sam się zrobił? — zapytała drwiąco Evve.
— Taki mamy teraz styl, włamaniowo-pożarowy. Ostatnio dość popularny — odparł Snajd.
Evve zajrzała do środka domu przez wybitą dziurę w ścianie, dotknęła fragmentu i z manierą oczyściła palce chusteczką, którą schowała znów do kieszeni.
— A gdzie taki styl jest popularny?
— Tutaj! — odparł Snajd, podchodząc bliżej. — Czego chcesz? Urodziny Graszki dopiero za dwa miesiące.
Evve spojrzała na niego ściągając brwii.
— Jestem jej matką, więc przeskakuję do niej kiedy chcę, nie tylko na urodziny!
— Przez ostatnie dwa i pół roku pojawiałaś się, tylko na urodziny, więc pomyślałem, że to już twoja nowa minimalistyczna norma!
Evve zacisnęła pięść w magicznym ataku.
— A może było inaczej? — zapytał Snajd.
Evve odwróciła się gwałtownie i weszła do Salonu.
— Znów zamierzacie się kłócić?! — wybuchła Graszka.
Rodzice zamarlli.
— Ja na pewno nie zamierzam — odparł Snajd. — Idź pobawić się do warsztatu z Borysem.
— Nigdzie nie idziesz — odparła Evve. — Ten dom to rudera. Zabieram Graszkę ze sobą.
— Spróbuj tylko! — odparł Snajd.
Evve zrobiła krok na przód, ściskając mocno swoje ręce na wysokości pasa.
— Dalej chcesz ją tutaj trzymać? Tutaj? W tym syfie?
Snajd wszedł gwałtownie do środka i stanął przed Evve twarzą w twarz.
— Boisz się, że słaby dom ci karierę załamie? O to, chodzi?
— Nie!
— Zawsze, o to chodzi!
Evve zacisnęła mocno usta, wyszła szybkim krokiem na plac i przyciągnęła magicznie córkę do siebie.
— Nawet nie próbuj. — Snajd podbiegł do córki i próbował złapać ją za rękę. Evve zablokowała go, tworząc magiczną barierę.
— Akurat nie masz ze sobą kryształów śmiertelniku — zakpiła Evve.
Snajd sięgnął po sztylety z białego kryształu i jednym cięciem pokonał barierę.
Evve zdołała jęknąć zaskoczona. Ustawiła córkę za sobą i w ręce utworzyła kulę energii.
— Nie podchodź!
Snajd, ani myślał się zatrzymać.
— Stój! — rozkazała Evve i ruszyła nadgarstkiem, by wyrzucić kulę, lecz jakaś siła mocno uderzyła ją z boku. Kula eksplodowała w jej dłoni, dodatkowo ją raniąc, gdy Evve upadła na lewe ramię.
Graszka pisnęła i podbiegła do ojca. Nad ranną Evve stanęła Viki w bojowej pozie.
— Na Wszystkich Bogów sprowadziłeś człowieka! — przeraziła się Evve, próbując wyczarować magiczne pole obronne.
— Jestem Viktoria. Jestem głodna i wkurwiona, ale fakt jestem człowiekiem.
Złe wieści
Kobiety patrzyły na siebie z nieukrywaną podejrzliwością. Evve stała przy wejściu, opierając się o ścianę i trzymając się za lewy bark. Viki siedziała przy stole na jedynym ocalałym krześle. Stół miał tylko dwie nogi, a drugi koniec podparto masą książek zrzuconych z regałów. Viki musiała, więc jeść ostrożnie. Wyglądało na to, że pieczywo z masłem i warzywami jej smakuje. Nie przestawała jednak, zerkać na Evve.
Snajd patrzył na tą scenę, zastanawiając się, czy kobiety się nie pozabijają za chwilę. Był w pokoju Graszki, która nie opuszczała go teraz na krok. Uderzył młotkiem kilka razy w południową ścianę pokoju krusząc biały tynk.
— Kolejny remont?! — spytała Evve.
— Specjalnie dla ciebie — odkrzyknął Snajd z pokoju, bijąc coraz mocniej.
— Na wszystkich bogów, co robisz? — Evve przeszła przez salon, jak najdalej od Viki, i stanęła w progu pokoju Graszki. Snajd w tym momencie rozłupał kawałek ściany wyjmując błękitne kryształy oplecione siatką białych skaz.
— Kryształy zdrowia. Aż trzy? — zapytała Evve. Snajd spojrzał na nią starając się, by nie wyczuła kłamstwa, które chce powiedzieć.
— Tak, tylko…
— Tata zrobił z nich całą ścianę — wtrąciła Graszka — To trzyma mnie przy życiu, jak grzyb na ramieniu kwitnie.
Evve podeszła i spojrzała na kryształy, a potem wyłom w ścianie.
— Mógłbyś za nie wykupić całe królestwo.
— Tak, mógłbym — odparł Snajd, wystawiając dwa kryształy na słońce przez dziurę w ścianie zachodniej. — Dlatego Graszka zostaje tutaj.
Evve wypuściła powietrze znacząco i podeszła bliżej.
— Dlaczego sprowadziłeś człowieka?
— Skąd pomysł, że to ja?
— A jak myślisz, dlaczego mogłam przeskoczyć tak szybko? — Evve nawet nie starała się ukryć swojej irytacji. — Narobiłeś tyle hałasu, otwierając portal, że tylko jakiś cud sprawił, że Rada pozwoliła mi to sprawdzić samej.
— Nie stworzyłem portalu — odparł Snajd, podnosząc jeden kryształ.
— Snajd, oni chcieli tu sprowadzić oddział Marsów. Bądź poważny!
Snajd spojrzał na nią z kamiennym wyrazem twarzy.
— I szczery — dodała Evve.
— Powiem, jeśli nie wyjedziesz z tym co zwykle.
— Z czym? — Evve przechyliła głowę.
— Z „jak mogłeś…
— zrobić coś ….— wtrąciła Evve unosząc ręce — Czyli coś zrobiłeś? Nie tylko ją sprowadziłeś. Wielkie niebezpieczeństwo. Zrobiłeś coś…
— No, co zrobiłem? — wtrącił tym razem Snajd. — Coś?
— Coś głupiego — dokończyła Evve i wyszła do salonu. Stanęła naprzeciwko Viki.
— Szanowna Pani, musisz wrócić do świata ludzi inaczej zginiesz, a my razem z tobą.
Viki właśnie skończyła jeść. Odchyliła się na krześle i zerknęła na Snajda i Graszkę, którzy weszli do środka.
— Ładną masz żonę Snajd — stwierdziła Viki. — I lepiej się ubiera.
— My nie — starała się wytłumaczyć Evve, lecz Viki zapytała ją wprost: Skończyliście się kłócić?
Zdumiona Evve otwarła usta, po czym je szybko zamknęła.
— Widzę, że tak. To teraz, czas, na opieprz ode mnie. Twój portal nie działa. Nie mogłam wrócić.
Evve spojrzała na Snajda zwycięsko.
— To nie portal, tylko przywoływacz — bronił się Snajd.
— To jeszcze gorzej! — Evve nie była zadowolona obracając się do Snajda. — Wyciągnąłeś ją tutaj z dowolnej chwili życia! Wiesz, co to znaczy?
— Jest tutaj tylko na chwilę.
— Jeśli przywołujesz kogoś bez jego woli, niszczysz całą jego ścieżkę życia. Dlatego przywoływacze są zakazane!
— To dla Graszki, żeby była szczęśliwa. — Snajd patrzył przyjmując wyzwanie.
— A myślisz, że ona jest szczęśliwa?
— No cóż — odparł Snajd szukając dobrych słów.
— Chciałam go zabić — przyznała Viki, wstając od stołu.
— Widzisz Snajd? Stąd się wzięły wszystkie „jak mogłeś”.
— Zabij mnie, jeśli chcesz — zwrócił się Snajd do Viki.
— Tato, nie! — Graszka mocno chwyciła zdrową ręką jego prawą dłoń. — Nie daj się zabić!
Evve spojrzała na córkę z bólem.
— Nie chcę cię zabić. Musisz mnie odesłać z powrotem — wyjaśniła Viki.
— Muszę sprawdzić co faktycznie się zepsuło.
Kilka minut później Snajd przypatrywał się przywoływaczowi w swojej jamie. Viki przyglądała się temu, stojąc tuż za plecami, a Graszka obok niej. Evve pilnowała wyjścia.
— Chyba masz rację — stwierdził Snajd. — Straciłem prawie wszystkie kryształy razem z łącznikiem — dodał, wskazując na puste miejsce u szczytu łuku.
Wokół przywoływacza było pełno drobinek zniszczonych kryształów. Sama jama też była mocno nadszarpnięta.
— Jesteś pewien, że nikt więcej nie został Przywołany? — zapytała Evve. W jej głosie było słychać prawdziwe zmartwienie.
— Na pewno nikt więcej — odparł Snajd.
— Masz podejrzenia, kto to zrobił? Skały same od siebie nie pękają nagle.
Snajd odwrócił się w kierunku Evve.
— Mam. Nawet nie tyle co podejrzenia, co pewność.
Evve patrzyła pytająco.
— Stoi przed tobą. — Snajd kiwną głową w kierunku Viki.
Dziewczyna dygnęła udając arystokratyczne maniery, jakby chciała się przedstawić na nowo.
Evve intuicyjnie cofnęła się.
— Nie może być.
— A jak myślisz, kto mu rozwalił ten nos? — spytała Viki, najwyraźniej ciesząc się, że zrobiła wrażenie.
— Faktycznie chciałaś go zabić — szepnęła Evve.
Snajd tymczasem, oddał Graszkę Evve i chciał je skierować do wyjścia.
— Nie Snajd! — Evve jakby obudziła się z transu — Twoja śmierć nic tu nie da.
— Mówiłam, że nie chcę go zabić — zirytowała się Viki — tylko chcę wrócić do siebie i to dokładnie do tej samej chwili.
Snajd przez chwilę mocno wpatrywał się w Evve, dając do zrozumienia, żeby jednak wyszła.
— Co się dzieje? — dopytywała Viki.
Evve zrobiła krok naprzód zasłaniając sobą Graszkę i Snajda.
— Droga Pani, niestety nie możesz teraz wrócić. Przywoływacz jest zniszczony — poinformowała Evve.
— To go napraw!
Snajd stanął obok żony.
— Ten przywoływacz tworzyłem trzy lata, wydając fortunę pieniędzy i szczęścia.
W oczach Viki pojawił się gniew. Drobne ruchy ust wskazywały, że szuka odpowiednio mocnego słowa, by wybrzmiało i siało zniszczenie. Zacisnęła pięści i wzięła głęboki oddech.
— Nie! — Graszka objęła mocno tatę. Evve utworzyła magiczne pole ochronne.
Na twarzy Viki malowały się silne emocje. Snajd nie był najlepszy w komunikacji z kobietami, ale wiedział, że dla każdego, pozostanie na długo lub na całe życie w nowym świecie musi być traumatyczne. Lata spędzone pomiędzy chorobą córki a godzinami w jaskiniach, pozbawiły go jednak pewnej dozy empatii i przewidywania. Liczyła się tylko Graszka, nawet jeśli miał za to zginąć. Nigdy nie przypuszczał, że jego próby przyniosą śmierć całej jego rodzinie. Może lepiej, w ten sposób, pomyślał Snajd. Szybko, jednak odrzucił tą myśl.
— Z twoją magią, może to pójść dużo szybciej — wypalił Snajd. — Możesz ruszyć skały i otworzyć dla mnie nowe przejścia w jaskiniach.
Viki pokazała jednak, że nic nie rozumie.
— Tam szukam kryształów — wyjaśnił Snajd.
— Te ścieżki są pilnowane Snajd — rzekła Evve, dotykając jego ramienia. — Jeśli zbudujesz nowy przywoływacz, to nas namierzą i złapią. Mam lepszy, ale trudniejszy pomysł.
Snajd spojrzał na nią zaskoczony. Viki nieco się uspokoiła, lecz Graszka nie chciała puścić ojca. Snajd objął córkę i zapytał Evve:
— Umiesz sama wyczarować portal do świata ludzi?
Evve przekrzywiła głowę.
— Nie, tłumaczyłam ci kiedyś podział na niskie i wysokie światy. To jest…
— Tak pamiętam, wysokie…
— Jaki to pomysł?! — Viki ewidentnie nie miała czasu na wykład.
Evve zwróciła się do niej.
— Musimy cię przemycić, do pilnie strzeżonej komnaty Akademii Magii. Jest tam portal przez który możesz przejść, lecz nie jest to dla ciebie idealne rozwiązanie.
— To znaczy? — Viki podeszła nieco bliżej.
— Nie wrócisz dokładnie w tej samej chwili do swojego świata.
Viki nie była zachwycona, lecz nie zdenerwowała się.
— Przepraszam — rzekł Snajd.
— Przepraszam — powtórzyła Graszka.
Viki uśmiechnęła się do niej.
— Może nie będzie tak źle, dzień później nie zrobi takiej różnicy.
Snajd też się uśmiechnął ignorując wzrok Evve.
— Świetnie! Cieszę się, że to ci pasuje. — rzekł Snajd — Pozostaje się tylko włamać, a to jest trudne…
— nie aż tak, jak się wydaje — dokończyła za niego Evve.
— Mówisz jakbyś już kiedyś to robiła.
— Powiedzmy, że kiedyś zastanawiałam się nad takim scenariuszem — odparła Evve, uśmiechając się tajemniczo.
Dobranoc
— Musisz wzmocnić swoją intencję — instruowała Evve. — Tak mówią starożytne przekazy o ludziach.
— Czyli, co dokładnie mam zrobić? — odparła Viki.
Evve spojrzała na Snajda. Obudził się z zamyślenia. Od kilku godzin trenowali najważniejsze zadanie jakie przypadnie Viki do wykonania. Znajdowali się na placu przed domem, który rzucał już długi cień. Słońce chyliło się ku zachodowi, przyciągając za sobą masy chmur, a Snajd czując za sobą cały męczący dzień nie mógł się skoncentrować.
— Musisz — stwierdził Snajd po namyśle — bardziej tego chcieć, niż tylko to powiedzieć. Rozumiesz?
Viki kiwnęła głową i znów stanęła za patykiem imitującym próg.
— Gotowa?
Evve w odpowiedzi stworzyła w ręce malutką kulę energii.
Viki skoncentrowała się i przekroczyła gałąź imitującą próg, natychmiast wypowiadając:
— Stój!
W tej samej chwili Evve wyrzuciła w jej kierunku kulę energii, która zawisła w powietrzu.
— Zaśnij! — dodała błyskawicznie Viki.
Gdy Snajd się obudził zobaczył przed sobą twarz Viki. Miał wrażenie, że spał całą wieczność.
— Przepraszam, przez przypadek uśpiłam was wszystkich — powiedziała Viki, pomagając mu wstać. — Nie mogłam was dobudzić.
Snajd automatycznie spojrzał pod ścianę, gdzie siedziała Graszka. Było już ciemno, mimo że ostatnie promienie słońca oświetlały szczyt wzgórza, przez co nie mógł jej dojrzeć. Dopiero ruch Evve, z którą rozmawiała sprawił, że ją dojrzał.
— Graszka, wszystko w porządku? — zapytał Snajd.
— Już nie śpię! — odpowiedziała.
Snajd uspokoił się i spojrzał na Viki. W szarości zobaczył już tylko jej kontury twarzy.
— Z rana ruszamy na włam, tym razem ty się wyśpij.
Ranna
Snajd obserwował z niepokojem Akademię Magii, widniejącą opodal. Jego obecność znów w tym miejscu, w tak krótkim czasie, mogła wydać się podejrzana. Jeszcze zostawała Mys. Czy zauważyła podmianę kamienia lingwistycznego? Czemu miał wrażenie, że mu na to pozwoliła? Z zamyślenia wyrwała go Evve.
— Gotowe — szepnęła.
Snajd odwrócił wzrok od Akademii i obejrzał się za siebie. W powietrzu lewitowała obandażowana magicznie Viki, co znaczyło, że otaczały ją złote pierścienie migoczące na tle białej sukienki, w którą ją przebrali. Ubiór ludzi, mógł ją zbyt zdradzić. Na twarzy dodatkowo miała założoną chustkę, by leczyć rany od oparzenia magicznego.
Snajd pokiwał głową z uznaniem.
— Postaraj się zrelaksować i całkowicie nie ruszać — zwróciła się Evve do Viki.
Dziewczyna mruknęła na potwierdzenie.
— Czas zaczynać.
Chwilę później Evve i Snajd biegli pośpiesznie w kierunku mostu. Viki unosiła się między nimi. Evve biegła przodem. Gdy dotarli do bramy pilnującej wejścia na most, Evve szepnęła kilka magicznych słów, dotknęła magicznej bariery, po czym cała trójka mogła wejść.
Szybko pokonali most, przeszli przez bramę i pobiegli w kierunku Akademii. Były tam trzy wejścia, jedno na wprost i dwa po bokach. Evve wybrała to z lewej.
Weszli na krótki korytarz, który kończył się wielkimi drzwiami. Uchylił je akurat jeden z magów.
— Poparzenie magiczne trzeciego stopnia, czy sala Flaming jest dostępna? — wypaliła natychmiast zziajana Evve.
Mag zdziwił się, lecz pokiwał głową na tak.
Zostawili go za sobą, zamykając wielkie drzwi. Teraz korytarz był dłuższy i po jego prawej stronie można było zobaczyć wejścia do poszczególnych komnat.
— Ostatnia — przypomniała Evve.
Snajd spojrzał za siebie, lecz nikt za nimi nie podążał. Chwilę później stali we fioletowej komnacie, w której stało kilka łóżek, wiele szafek z magicznymi preparatami oraz, na samym środku, kamienny sarkofag.
— Jak dotąd całkiem nieźle — stwierdził Snajd. On też, tak jak Evve, ubrał się na błękitno, z tą różnicą, że założył kurtkę żołnierską i spodnie. Strój przypominał nieco mundur służby w Akademii.
Evve zakończyła lewitację i Viki stanęła na swoje nogi. W tym momencie do komnaty wszedł medyk z akademii.
— Ponoć macie tu krytyczny przypadek — zaczął w drzwiach.
— Zaśnij ty! — ryknęła do niego Viki. Mag zasnął na stojąco.
— O mały włos — stwierdziła Evve, opuszczając rękę, którą zdążyła zasłonić twarz.
Z komnaty było drugie wyjście, prowadzące przez niewielkie drzwiczki ukryte w rogu. Evve uchyliła je i nasłuchiwała przez chwilę.
— Cisza — szepnęła, i mocno schylając się, zniknęła w przejściu. Viki podążyła za nią. Snajd sprawdził, czy medyk dalej śpi, a potem wcisnął się w niski tunel, zamykając za sobą drzwiczki. Przejście było tak niskie, że nawet on musiał się bardzo zgiąć. Gdy doszedł na koniec zobaczył, że Viki i Evve stoją już ukryte za dwoma wielkimi filarami, które były częścią okręgu pozostałych filarów, stojących w okrągłej sali z wysokim sufitem. Snajd podbiegł po cichu do trzeciego filaru i rozejrzał się. Na środku sali znajdowała się sadzawka podzielona na dwie części. Z każdej z nich rosła winorośl splatająca się kilka metrów wyżej. Roślina miała złote liście i czerwone obłe owoce. Zalążek Obfitości, ciekawe, czy urósłby u mnie w ogrodzie, pomyślał Snajd. Musiał jednak lepiej się schować. Roślinę pilnowało dwóch magicznych strażników. Snajdowi wydało się, że jeden z nich prawie go zauważył, gdy rozejrzał się na bok.
Główne wejście znajdowało się naprzeciwko miejsca, gdzie stał Sajd. Takie umiejscowienie sprawiło, że strażnicy naturalnie bardziej patrzą w tamtą stronę, zapominając o ukrytym w ścianie wejściu, ze sprawdzonego kierunku. Sprawa nie była jednak prosta. Tuż za linią filarów, znajdowało się kolejne magiczne pole obronne, do którego Evve nie miała już dostępu. Było też na tyle stare i mocne, że Viki mogłaby sobie z nim szybko nie poradzić. W takiej sytuacji, pozostawał Snajd ze swoimi sztyletami z białego kryształu.
Snajd kiwnął na Viki stojącą przy filarze po jego prawej stronie. Odpowiedziała mu podobnym kiwnięciem, była gotowa. Snajd spojrzał jeszcze na Evve. Miała pomóc, gdyby coś poszło nie tak. Widział, że jest spięta.
— No to zaczynamy — pomyślał Snajd, wyjmując sztylety z pochwy i delikatnie muskając przestrzeń za filarem oba sztyletami na raz.
Pole ochronne zareagowało, lecz nie wydało żadnego dźwięku. Snajd mocniej przycisnął i wytworzył niewielką dziurkę w magicznej płaszczyźnie. To wystarczyło jednak, by zwrócić uwagę strażników. Jeden z nich obejrzał się.
Snajd szarpnął mocno, aż pole magiczne zabuczało i rozdarło się bucząc głośno. Strażnik załadował kulę energii. Drugi się odwrócił. Wtedy pojawiła się Viki, wskoczyła przez dziurę w polu magicznym, przeturlała się i krzyknęła: Spać!
Strażnicy zawahali się, lecz nie stracili przytomności.
— Rozkazuje wam spać! — powtórzyła Viki.
Strażnicy stanęli w półkroku. Ich kule energii zgasły. Spali z otwartymi oczami.
— Nie mamy dużo czasu — oznajmiła Evve, przyglądajc się im przez krótką chwilę. — Chodźmy.
Cała trójka zbiegła małymi schodkami, schowanymi pomiędzy sadzawkami, do kolejnego tunelu. Był szeroki i wyłożony błyszczącym, białym kamieniem. Biegł prosto do serca Akademii w jej środku schowanym pod ziemią.
Na końcu znajdowały się drzwi. Były olbrzymie i przypominały mieszankę stali i starych zniszczonych kamieni. W niektórych miejscach błyszczał diament. Na samym środku mieniła się kula wypełniona prawie bezbarwnym, falującym ciągle płynem.
Evve sięgnęła po sztylet ukryty na jej prawym udzie. Nacieła kawałek lewej ręki i wystawiła nad magiczną kulę.
Płyn zabarwił się na niebiesko. Drzwi drgnęły. Snajd mocno zaparł się, by je otworzyć. Z wielkim trudem rozchylił je na tyle, by mogli wejść. Korytarz rozchodził się na wiele ścieżek, przy których znajdowało się wiele drzwi do komnat.
— Teraz będzie najtrudniej — rzekła Evve, gdy stanęli na pierwszym rozwidleniu. — Nie wiem do końca, gdzie są odpowiednie drzwi.
— Trzeba iść w lewo — powiedział Snajd.
Evve spojrzała na niego zdumiona.
— Skąd wiesz?
— Magowie wszystko budują od lewa do prawa, przez co najstarsze rzeczy są po lewej — wyjaśnił, mijając ją i skręcając w lewy korytarz.
— Ja się, na pewno, na tym nie znam — uprzedziła Viki, podążając za Snajdem.
Evve przyspieszyła kroku, doganiając Snajda.
— Czemu nie powiedziałeś tego wcześniej? Całą noc nie spałam, usiłując wymyślić jak sobie tu poradzić.
— Jakoś, teraz sobie to uświadomiłem — odparł Snajd.
Szli dalej, szukając najstarszych korytarzy i fragmentów starożytnej magii.
— Nie powinniśmy zostawić po sobiie jakiś okruszków? — zapytała Viki.
— By pokazać, że nie umiemy jeść? — zdziwił się Snajd.
— Jak w tej bajce o Jasiu i Małgosi, których rodzice wywieźli w las, by umarły z głodu.
— Kto wymyśla takie okropne bajki? — oburzyła się Evve.
— Eee, no ktoś — odparła Viki, zastanawiając się. — Chodzi o to, że oni zostawiali po sobie okruszki chleba, by móc potem wrócić do domu. Całkiem nie pomyśleliście jak wrócicie. Ja się zgubiłam już za pierwszym zakrętem.
Snajd kiwnął ze zrozumieniem, ale starał się skupić. Drzwi do komnaty, gdzie był portal do świata ludzi, musiał być charakterystyczny.
— Snajd, to chyba tu. — Evve wskazywała drugi koniec korytarza, gdzie stały duże, okrągłe drzwi z wielką czarną klamką, zabezpieczone na sześć zamków, sześć kłódek i sześć zasów.
— To na pewno tu? Może to coś gorszego? — zapytał Snajd, podchodząc do Evve, która dotarła do drzwi przed nim.
Wskazała napis wyryty w drzwiach.
— Humane — przeczytał szeptem Snajd. — Tak, to musi być tu. Viki pomożesz?
Dziewczyna podeszła do drzwi i chwytając za każdą kłódkę po kolei rozkazywała: otwórz się. Kłódki otwierały się z trzaskiem. Podobnie uczyniła z zamkami i zasuwami. W końcu drzwi jęknęły na znak, że są otwarte.
Evve, która przez cały ten czas nasłuchiwała z uchem przyciśniętym do drzwi, zdjęła obręcz z przedramienia i rzuciła Snajdowi.
— Wybacz — powiedziała Evve, gdy na nią spojrzał.
Zanim się zorientował co się dzieje, Evve magicznie zakneblowała Viki, wyczarowała portal i w nim zniknęła. Portal zamknął się błyskawicznie.
Chwilę później drzwi otwarły się z trzaskiem i kilka magicznych kul powaliło Snajda.
Leżąc zobaczył jak Marsowie, emanujący magią, wybiegają z komnaty i paraliżują Viki, po czym stracił przytomność.
Sprawa
To było okropne uczucie. Pochłaniała go pustka i masa niespójnych obrazów, poza jednym. Widział powracający obraz Graszki, która pełna zawodu i rozczarowania, patrzy na niego z magicznego powozu, którym Evve na zawsze zabiera ją do Leczniczych Ogrodów. Powóz zatrzymywał się, Snajd doganiał go i znów Graszka na niego patrzyła. W pewnym momencie, jednak Graszka oderwała od ramienia swoją, prawie w całości zjedzoną przez grzyba rękę i uderzyła go w twarz. Wtedy obudził się.
Zobaczył stary, kamienny sufit i poczuł chłód. Magiczne kule wypełnione ogniem, dawały skrawki światła.
Był w celi.
Czy to Akademia, czy Padół? — zastanowił się, starając się przyjrzeć otoczeniu. Usiadł. Na rękach i nogach miał kajdany połączone długim łańcuchem przyczepionym do ściany. Ściana, przy której usiadł, wyginała się w łuk.
Jestem w wieży, stwierdził w myślach. Chyba wystarczająco wysoko, by słyszeć tylko podniebne ptaki. Słyszał ich krzyki dobiegające przez małe okienko, tuż nad nim. Rozejrzał się.
Na przeciwko była stalowa krata, oddzielająca go od wąskiego przejścia, biegnącego od lewej do prawej. Z drugiej strony przejścia była druga cela. Po lewej były drzwi, które oświetlały dwie malutkie magiczne kule.
Snajd oparł głowę o ścianę. To nie miało tak być, pomyślał.
— „A jak miało być?” — usłyszał w głowie szept.
Otrząsnął się. Najwyraźniej miał większe obrażenia głowy niż myślał.
Położył się. Nie chciał o niczym myśleć.
*
Gdy znów otworzył oczy, w celi panowała ciemność, rozświetlana tylko wąskim i nikłym pasmem światła księżyca.
Przez długi czas wpatrywał się przed siebie, prawie znów zasypiając, lecz jego wyczulone na poszukiwanie kryształów oczy, coś wychwyciły. Drobną zmianę. Kształt. Coraz większy i wyraźniejszy.
— Viktoria?
Światło księżyca powoli sunęło w prawo, odsłaniając kolejne elementy jej ciała. Była przykuta łańcuchami bezpośrednio do ściany, tworząc literę X. Była zakneblowana za pomocą srebrnej kuli na łańcuchu, wciśniętej do ust.
Patrzyła na niego. Tym razem nie mógł wytrzymać tego spojrzenia.
— Przepraszam — szepnął Snajd, chowając głowę w kolanach.
— „Przyjmuję przeprosiny” — usłyszał głos w myślach. Podniósł głowę.
— To ty? — zapytał Snajd na głos.
Viki mrugnęła znacząco, po czym zamknęła oczy.
— „Tylko nie na głos” — ostrzegła Viki w jego myślach. — „Słuchają nas”.
Snajd kiwnął głową i rozluźnił się.
— „To jak miało być?” — spytała Viki w jego myślach.
— „Rewolucyjnie” — odparł Snajd, po chwili zastanowienia. — To dobre słowo. Odkąd poznałem Evve, wszystko miało być rewolucyjne. Nasz ślub, nasza praca i nasze dzieci. Jak widzisz, prawie się udało.
— „Nie rozumiem” — odparł głos Viki. — „Jak wygląda rewolucyjny ślub? Skakaliście ze skały, czy coś?”
— „Ja jestem niemagiczny” — wyjaśnił Snajd w myślach.
— „Dalej nie rozumiem.”
Snajd westchnął.
— „Dla elfów, ślub osoby niemagicznej i maga, to rewolucja. Tego nie było od tysięcy lat.”
— „Ale wy to zrobiliście?”
— „Tak!!” — ekscytował się Snajd w myślach. — „Skrywaliśmy nasz związek latami, powoli budując nasz domek pod przykrywką badań nad kryształami i roślinami. W sumie, to też była rewolucja. Chcielibyśmy nakarmić światy magicznymi roślinami. Posadziliśmy wiele krzewów i drzew, które były różnymi hybrydami. Takie łączenia są trudne, albo trwają miliony lat. Dzięki moim kryształom robiliśmy to błyskawicznie.”
— „I co potem?”
— „Ideały ideałami, ale dorosłe życie ma swoją cenę. Evve jest też Skoczkiem. Zau..”
— „Kim?” — dopytał głos Viki.
— „Tworzy portale do innych światów. Dzięki niej mogą zdobywać, eksplorować i ratować światy. Pojawiają się i znikają.”
— „Czemu nie stworzyła portalu dla mnie?” — zdziwiła się Viki.
— „Świat ludzi należy do wysokich światów, do niego potrzebny jest silny portal. Mający więcej mocy.”
— „Ach” — westchnął głos Viki w jego głowie. Zapadła cisza w umyśle Snajda.
Przyjrzał się Viki. Wciąż miała na sobie przebranie elfów, które przepaliły kule energii w niektórych miejscach. Marsówie postarali się, by na pewno ją obezwładnić. Jest wyjątkowo silna, pomyślał Snajd.
— „Kim jesteś w świecie ludzi?” — zapytał Snajd w myślach.
— „Zwykłym człowiekiem, nie mamy podziału na magów i niemagów” — wyjaśniła Evve.
— „Jesteś wyjątkowo silna” — zauważył Snajd — „Twoje słowa są mocne”.
— „To nie jest tak, że każdy człowiek wypowiadający odpowiednie słowa, ma taką moc?” — zdziwiła się Viki.
— „Ogólnie tak, ale ja się z tym nie zgadzam. Zawsze jest ktoś silniejszy.”
— „Czemu ciągle zmieniasz temat?”
Snajd zawahał się i otworzył oczy, by spojrzeć na Viki. Miała zamknięte oczy i podniesioną głowę w kierunku światła księżyca, jakby sprawiało jej to przyjemność.
— „Nie rozumiem” — odparł Snajd.
— „Nic nie mówisz o Graszce” — wyjaśnił głos Viki.
— „Nie bądź taka ciekawska” — zmienił ton Snajd. — Nie twoja sprawa.
Nie usłyszał więcej Viki, aż do świtu.
Wóz
— Wyrok zostanie ogłoszony w Tirrum — oznajmił żołnierz.
Viki wydawała się oburzona. Próbowała coś powiedzieć, lecz ciągle miała zatkane usta. Przykuto ją grubymi łańcuchami do wozu, za którym stała. Kolejne łańcuchy trzymało trzech trzech żołnierzy za nią, tak by nie mogła się nigdzie zbliżyć. Szarpała nimi na znak protestu. Snajd przytaknął tylko głową, że rozumie. Również skuty, siedział jednak w wozie.
Znajdowali się na niewielkim placu, naprzeciwko otwartej, starej bramy wciśniętej w wysoki i gruby kamienny mur. Otaczała ich ponad setka żołnierzy. Dziesięciu z nich było Marsami, magami wojny. Wyróżniali się wysokim wzrostem i czerwoną otoczką magii wojennej wokół sylwetki. Nosili czarne szaty, a głębokie kaptury skrywały ich oczy. W rękach dzierżyli wielkie topory wzmacniane magią. Świtało. Snajd domyślał się, że Viki jest już wykończona, po kilku dniach wiszenia na ścianie, a marsz za wozem był ostatnim czego oczekiwała.
— „Jeszcze nawet nie było rozprawy!” — wybuchnęła Viki w głowie Snajda. — „Co on myśli, że jeszcze będę człapać za tym wozem?! Czemu ty siedzisz?!”
— „Spokojnie, raczej jesteśmy blisko, więc może dasz radę bez problemu dojść” — odparł w myślach Snajd. — „A rozprawy nie ma, bo w naszym przypadku działa jedno prawo i jest błyskawiczne”.
Viki przypatrzyła mu się uważnie. Wóz ruszył i szarpnął jej ręce, niemalże pozbawiając równowagi. Dziewczyna wsparła się na łańcuchach. Snajd instynktownie chciał ją złapać, lecz powstrzymały go łańcuchy.
— „Przepraszam”. — Snajd spojrzał Viki prosto w oczy.
— „Nie mazgaj się — odparła Viki w jego myślach — tylko opowiedz o Graszce”.
Snajd ściągnął brwii i odchylił się do tyłu. Nie rozumiał skąd ta nieustępliwość w tym temacie.
— „Na tyle, chyba mogę zasłużyć”. — Viki w jego głowie była nieustępliwa.
Snajd odczekał chwilę.
— „To były jej szóste urodziny. Chciałem jej dać to co zawsze, śpiewający kamień mieniący się wieloma kolorami. Kiedyś znalazłem takie miejsce, gdzie łatwo je było znaleźć. Wtedy, jednak w jaskini nic nie było. Musiałem znaleźć inną. Nie było łatwo, a czasu było coraz mniej. Spieszyłem się, więc gdy w końcu znalazłem kamień, chwyciłem go i zaniosłem do domu, bez sprawdzenia w jakim stanie jest kamień. Podarowałem go Graszce, lecz okazało się, że to zbug. Grzyb zjadający kamienie. Ten zjadał kamień od środka pochłaniając też jego magię. Nie było nic widać”.
— „Graszka zjadła ten kamień?”
— „Upuściła na szyję. Akurat się rozbił i jego fragmenty weszły w ciało. Zanim się zorientowaliśmy, rozwinęła się magiczną infekcja. Graszkę zjada grzyb”.
— „To nie…”
Wóz podskoczył i odbił mocno w prawo, także Viki wywróciła się. Nim zdołała się podnieść, wóz przeciągnął ją kilka metrów po pylistej, ubitej ścieżce.
— „Tak się nie traktuje więźniów!” — Viki starała się nadążyć za wozem, który piął się wciąż pod górę. Z trudem oddychała przez nos.
Snajd podniósł wzrok. Pozostawiali za sobą głęboką dolinę, w której stał potężny zamek o kilkudziesięciu wieżach i murem okalającym dolinę. Przypominał bardziej miasto pochłonięte przez komnaty, korytarze i sale zamczyska.
— „Zwykłych więźniów nie, ale jeńców wojennych już tak” — odparł w myślach Snajd, wskazując głową na zamek.
Viki zerknęła przez ramię, na tyle ile mogła.
— „Gdzie tu wojna?”
— „Ten zamek, wybudowali ludzie podczas wojny, dwa tysiące lat temu. I muszę cię zmartwić”. — dodał Snajd — „Jesteśmy dużo dalej niż myślałem”.
Wóz znów mocno skręcił, wywracając Viki. Jej kolana spłynęły krwią.
— „Zrób coś!!” — wrzasnęła Viki w myślach Snajda.
Elf starał się skupić, mimo podskakującego na kamieniach wozu. Starał się pogodzić, że stracił Graszkę, ale wobec Viki miał ciągle zobowiązanie.
— „Jest jedna szansa, by się wydostać” — rzekł w myślach po chwili.
Wyrok
Wóz wjechał na szeroki plac po długim i uciążliwym wspinaniu się na wysoką skałę. Zatrzymał się na uboczu z lewej od bramy, bo miejsce wypełniało setki żołnierzy patrzących na nich nerwowo. Zbrojni byli w miecze z czarnego kryształu i złote tarcze.
Gdy wóz się zatrzymał, strażnicy okrążyli go, a główny Strażnik zsiadł z kozła i otworzył małe drzwiczki, by Viki mogła łatwiej wysiąść. Mocne szarpnięcie za łańcuch, przypomniało jej, że tylko na tyle uprzejmości może liczyć.
Snajd nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Przez większą część drogi Viki szła za wozem, kilkanaście kilometrów później padła ze zmęczenia i była ciągnięta bezwładnie po drodze. Potem nagle coś się zmieniło. Woźnica wrzucił ją na wóz, mimo sprzeciwów straży i ruszyli szybciej. Snajd miał jednak zbyt krótki łańcuch, by choćby dotknąć Viki.
— Dajcie jej chociaż wody — zwrócił się do dwóch Marsów Zniszczenia, którzy dodatkowo mieli ich eskortować. Byli ubrani w tradycyjne długie szaty marsów oraz w złote napierśniki i naramienniki. W metalu wytłoczono znak magicznej kuli ataku.
— To zabronione, mogłaby przemówić — odparł ostro jeden z nich.
Viki nawet na nich nie spojrzała, tylko upadła na plac wyłożony kamiennymi płytami. Snajd rozejrzał się. Znajdowali się na szerokim placu, na którego środku stał budynek podobny do Akademii Magii, jednakże był dużo większy, a nad nim stał wielki monument, którego czubka nie mógł dojrzeć. Postać trzymająca w powietrzu miecz, skierowany w czyjąś głowę.
— To by było na tyle, jeśli chodzi o sprawiedliwość —- pomyślał Snajd i zszedł z wozu. Viki nic nie powiedziała mu w myślach.
Skierowano ich na tyły gmachu. Po lewej ciągnął się mur,
do którego dobudowano krużganki, tak by można było iść cały czas w cieniu. Nie szli tam. Mimo upału, szli w pełnym słońcu, do momentu, gdy padł na nich cień budynku. Setki żołnierzy podążyło za nimi. Ciągle trzymano ich na dystans.
— To Akademia Sprawiedliwości? — zapytał Snajd strażnika. Ten spojrzał na niego pogardliwie.
— Wojny — rzekł po chwili strażnik.
Snajd pokiwał głową. Spojrzał na Viki, gdy ta właśnie znów upadła. Żołnierze próbowali ją podnieść szarpiąc za łańcuchy.
— Tak się jej boicie, że żaden jej nie podniesie? — zadrwił Snajd. — Takich tchórzy szkoli Akademia Wojny?
Jeden z Marsów spojrzał na niego groźnie, lecz nic nie powiedział. Skinął na dwóch żołnierzy, a ci z niechęcią, lecz chwycili Viki za ramiona i ją podnieśli. Szli dalej.
— „Czemu nie myślisz o Graszce?” — zapytała Viki w myślach Snajda.
— „Już nie mogę”.
Po dłuższym marszu zza zakrętu, na tyłach gmachu Akademii wojny, ukazał się mniejszy plac wypełniony żołnierzami po brzegi. W kilku miejscach stali dodatkowo Marsowie. Większośc z nich stała przy wysokim drewnianym podwyższeniu, które wyglądało, jakby ktoś na szybko je odnowił.
Skierowano ich na drewniany podest. Gdy weszli na górę Snajd zobaczył postać w czerwieni, której się nie spodziewał.
— Evve?! — wyszeptał.
Evve nawet nie drgnęła.
— Jesteś naszym katem? — Snajd, tracił zmysły. Przez chwilę nic nie widział i nie słyszał.
— „Oddychaj” — szepnęła w jego głowie Viki — „Powoli. Spokojnie”.
Snajd wsparł się o jednego z żołnierzy. Z każdym oddechem odzyskiwał panowanie nad sobą, lecz po chwili opanował go straszny gniew. Jego wzrok przykuł jeden punkt.
U podnóża sceny siedziała na wózku Graszka. Jej ciało było pochłonięte przez grzyb prawie do połowy. Patrzyła na niego jednym ocalałym, smutnym okiem.
— Magnus! — ryknął Snajd, a z jego dłoni wybuchła eksplozja magii. Rozerwał kajdany, zeskoczył ze sceny i chwycił córkę w ramiona płacząc jak nigdy.
— Kocham cię — wyszeptał Snajd nim ktokolwiek się zbliżył.
— Będę przy tobie — szepnęła Graszka, obejmując go mocniej, a Snajd poczuł uciekający pył między poparzonymi palcami. Ciało Graszki rozpadło się i uleciało do góry.
Pochwycono Snajda, bardzo brutalnie wyginając ręce i zabezpieczając je magicznie. Nie przejmował się tym. Patrzył w czarny pył, który był coraz wyżej i wyżej.
Wśród żołnierzy pojawiło się pewne poruszenie.
— Spokój! — jeden z wyższych Marsów pojawił się obok. — Dać go na górę.
Gdy Snajd pojawił się na podwyższeniu wydawał się bardziej zmęczony od torturowanej Viki. Stracił już sens życia. Cieszył się, że za chwilę je skończy.
Spojrzał na Evve. Wydawała się kompletnie obojętna, jakby śmierć córki kompletnie jej nie obeszła. Ani życie, ani jej śmierć cię nie obeszła, pomyślał z żalem Snajd.
Dopiero po chwili, usłyszał w głowie wrzask Viki.
— „To mi, miałeś zdjąć knebel!” — piekliła się w jego głowie kobieta. — „Zniszczyłeś nasz plan!”
Snajd starał się na nią nie patrzeć.
— Czas ogłosić wyrok! — rozlał się po placu potężny głos.
Po lewej Snajd miał tłum żołnierzy, więc spojrzał bardziej w prawo. Do tej pory nie zauważył, że na gmachu Akademii Wojny są siedziska dla wybitnych postaci, wykute w skale. Przed nimi był niewielki balkon z amboną, przy której stał wysoki stary mężczyzna.
Miał na sobie szarą szatę maga i długi łańcuch, zwieńczony repliką małego miecza.
— Proszę powstać! — rozkazał starzec.
Snajd zorientował się, że Viki znów padła na podłogę. Żołnierze podnieśli ją znów.
— Z rozkazu Rady Wojennej — Starzec wskazał na magów zasiadających w kapitułę. Jeden z nich, mimo, że był bardzo gruby wydawał się dużo młodszy i znajomy Snajdowi — ogłaszamy co następuje!
— „Czemu on się do mnie uśmiecha?” — zdziwił się Snajd w myślach. — „Żeby tak, dodawać otuchy, w takiej chwili?”
— Snajd z okręgu Akademii Magii oraz człowiek o imieniu Viktoria, zostają skazani na wygnanie!
— „Całkiem nieźle” — szepnęła w myślach Viki już spokojniejszym tonem.
— „To jest gorsze niż smierć” — odparł w myślach Snajd.
—- Miejscem wygnania, dla Snajda z okręgu Akademmii Magii — kontynuował starzec — jest Padół, miejscem wygnania dla człowieka o imieniu Viktoria jest Pluton. Wyrok zostanie wykonany natychmiast. Katem jest Evve, skoczek wyznaczony przez Akademię Magii.
Starzec kiwnął głową na Evve. Dwóch żołnierzy wbiegło na środek podestu i podniosło drewnianą klapę, chwytając za ukryty uchwyt. Drewno opadło głucho po drugiej stronie.W tym miejscu pojawiła się stalowa krata, na którą wepchnięto Viki.
Evve podeszła do mechanizmu, który umieszczony był dość blisko. Żelazna wajcha mogła służyć tylko do jednej rzeczy. Evve wyczarowała w powietrzu,poniżej kraty, poziomy portal. Snajd widział jego fragment. Czarno fioletowe płomienie nie wyglądały zachęcająco.
Musiał coś zrobić.
— To ja ją tu sprowadziłem! — rzekł donośnie Snajd. — Nie możecie jej uznać za wojownika. Jest tutaj przypadkiem!
— Wyrok już zapadł! — odrzekł starzec. — Mógłbyś zachować chociaż w tym momencie trochę godności, zdrajco!
Te słowa mocno go uderzyły. Nigdy nie myślał o sobie w ten sposób, gdy planował całą akcję, że będzie zdrajcą.
— Odepnijcie kajdany — rozkazała nagle Evve. Żołnierze spojrzeli na nią zdziwieni. — Chyba, że chcecie spaść razem z nią?
Żołnierze spojrzeli na starca.
— Nie mogę trzymać portalu w nieskończoność — nagliła Evve.
Starzec kiwnął głową żołnierzom. Dwóch tych samych co poprzednio, bardzo ostrożnie zdjęło łańcuchy od kajdan Viki, pozostawiając ją dalej zakneblowaną z kajdanami na rękach przykrytymi łańcuchem do nóg. Nie mogła sięgnąć do knebla.
Ktoś pchnął Snajda, tak, że prawie zatoczył się na kratę. Viki chwyciła go starając się do siebie przyciągnąć, lecz jeden z żołnierzy złapał Snajda za rękę.
Nie miał pojęcia co się dzieje. Evve uderzyła w żołnierza magiczną kulą i zwolniła dźwignię. Spadli, i nim trafili w portal, Snajd zobaczył, jak Evve walczy o życie.
Gdy uderzyli mocno o coś twardego Snajd stracił portal z oczu.
— „Wstawaj, szybko!” — krzyczała w jego myślach Viki. Szarpała go za rękę. Mocne uderzenie głową o podłogę pozbawiło Snajda równowagi. Sekundy trwały niczym godziny.
Zobaczył, że wokół nich materializują się nowe portale. Byli w jakiejś komnacie.
— „Snajd!”
Poznawał te ściany. Udało mu się podnieść na czworaka.
— „Snajd!”
Odwrócił się. Zobaczył przed sobą portal generowany przez krąg czerwonych kryształów.
Viki uderzyła go w twarz. Trochę pomogło. Podniósł się.
— „Już!”
W komnacie pojawili się Marsowie. Viki szarpnęła znów. Zrobił kilka kroków. Oczy zareagowały na rozbłysk magicznych kul ataku.
Skoczyli.
Zostaw swoją opinię
Dla autora bardzo ważne jest otrzymywanie precyzyjnej oceny swoich treści. Jeśli chciałbyś pomóc mi w rozwoju tekstów, odpowiedz na trzy pytania w Formularzu Google lub dodaj komentarze do konkretnych elementów tekstu w Dokumentach Google.