Kainar ochrypły od krzyku próbował jeszcze wydobyć z siebie jakiś dźwięk, przez co jęczał jak skopany pies. Przerywał tylko, gdy głową uderzył o kratę klatki bujającej się na łańcuchu w rytm kroków żółnoga. Słońce paliło niemiłosiernie szybko wysuszając jego łzy. Miarowy krok wielkiego zwierza ustał.
— Przystanek Waszmości! — zaśmiał się strażnik ukryty w bieli. Oparł się o drewniany zydel i klatka na długim drewnianym żurawiu powędrowała poza cielsko żółnoga.
Kainar spojrzał pod siebie gwałtownie. Śmiercionośna zielono-brązowa plama ziemi rozlewała się pod nim. To był faktycznie koniec. Zerwał się na nogi opierając o kraty.
— Na wszystkich znanych mi bogów, dogadajmy się! Zapłacę wam wszystkim krocie!
Strażnik tylko uśmiechnął się i za pomocą korby obniżał klatkę. Z każdym zgrzytem stalowego łańcucha Kainar był bliżej śmierci. Kainar osunął się znów na dno klatki i czekał, aż w końcu dno pod nim otwarło się i z krzykiem spadł plecami na ziemię. Powietrze uciekło z jego płuc, coś zadzwoniło w jego uszach. Leżał bez ruchu czując jak ziemia drży pod każdym krokiem oddalającego się żółnoga. Tak kończyła się historia